
Rosyjska propaganda nie ogranicza się do prostych sloganów czy otwartej wrogości wobec Zachodu. Często przybiera formę „analitycznych” komentarzy rzekomych ekspertów i pozornie rzeczowych ocen polityki Unii Europejskiej czy Stanów Zjednoczonych. Tego typu przekazy, emitowane w kontrolowanych przez Kreml mediach, nie mają informować – ich zadaniem jest systematyczne podważanie zaufania do instytucji Zachodu, rozmywanie odpowiedzialności Rosji za wojnę oraz budowanie obrazu Zachodu jako cynicznego świata rządzonego przez wąskie elity.
Najnowsze “publikacje” z udziałem politologa Iwana Arkatowa, wyemitowane w programie „Opinia” na kanale News Front, są podręcznikowym przykładem takiej operacji. Pod pretekstem polemiki z wypowiedzią szefowej unijnej dyplomacji Kai Kallas o braku podstaw do negocjacji z Rosją, odbiorcy otrzymują spójny zestaw manipulacji: o „gadających głowach” na czele państw europejskich, o „ukrytych elitach” sterujących polityką UE, o „wojnie jako biznesie” brytyjskiego przemysłu zbrojeniowego oraz o Donaldzie Trumpie jako jedynym poważnym rozjemcy “blokowanym przez spisek”.
Analiza tego przekazu pozwala zobaczyć, w jaki sposób rosyjska propaganda łączy teorie spiskowe, selektywne dane gospodarcze, autorytet rosyjskich służb specjalnych oraz emocjonalne odwołania do „trzeźwo myślących Europejczyków” w jeden, hermetyczny obraz rzeczywistości. To nie jest przypadkowy komentarz eksperta, lecz element szerszej operacji informacyjnej, która ma osłabić poparcie dla pomocy Ukrainie, zdyskredytować politykę sankcji oraz utrwalić mit Rosji jako ofiary zachodniej chciwości.
W programie „Opinia” rosyjskiego kanału News Front politolog Iwan Arkatow komentuje wypowiedź szefowej unijnej dyplomacji Kai Kallas, zgodnie z którą negocjacje z Rosją „nie odpowiadają interesom Unii Europejskiej”. Na pierwszy rzut oka to zwykła polemika z polityką Brukseli. Gdy jednak przyjrzeć się bliżej, mamy do czynienia z dobrze zaprojektowanym pakietem narracji propagandowych: o „chciwych elitach”, „wojnie jako biznesie” i „rozsądnych Europejczykach”, którzy rzekomo przejrzeli na oczy.
Poniżej rozpisujemy te elementy w formie komentarza anlitycznego, pokazując, jak skonstruowany jest ten przekaz i czemu ma służyć.
Elity jako ukryty reżyser polityki UE
Centralnym motywem analizowanego wystąpienia jest teza, że polityka Unii Europejskiej wobec Rosji nie ma nic wspólnego z bezpieczeństwem, prawem międzynarodowym czy solidarnością z napadniętym państwem. Ma być – jak sugeruje Arkatow – w całości podporządkowana interesom „określonej grupy elit”.
W tej opowieści decyzje podejmowane w Brukseli nie są wynikiem dyskursu politycznego, wyborów, debat parlamentarnych czy ustaleń w ramach Rady UE. Są rzekomo efektem zakulisowych nacisków anonimowych środowisk, które „nakręcają retorykę antyrosyjską”, ponieważ mają z tego bezpośrednie korzyści finansowe. Elity te są przedstawiane jako zamknięty klub beneficjentów wojny, dla których sankcje, pomoc zbrojna dla Ukrainy czy twarde stanowisko wobec Kremla to po prostu kolejne źródło dochodu.
To klasyczna teoria spiskowa: nie wskazuje żadnych faktów, instytucji ani dowodów, za to bardzo precyzyjnie rozpisuje podział ról. Obywatele UE w tej narracji stają się bezwolnymi ofiarami „wielkich graczy”, którzy kosztem ich dobrobytu i bezpieczeństwa prowadzą własne rozgrywki. Znikają realne przyczyny decyzji i działań Unii – rosyjska agresja, zbrodnie wojenne, zagrożenie dla porządku europejskiego – pozostaje czysty obraz „zarabiania na wojnie”.
„Gadające głowy” zamiast przywódców
Drugi ważny wątek to systematyczne ośmieszanie i delegitymizowanie przywódców państw zachodnich. Arkatow mówi o „mastodontach polityki”, których mieli zastąpić politycy pokroju Kai Kallas, Emmanuela Macrona czy kolejnych premierów Wielkiej Brytanii – określani lekceważąco jako „gadające głowy”.
Sugestia jest jasna: to nie są samodzielni, odpowiedzialni przywódcy, lecz figuranci. Ich zadaniem nie jest prowadzenie suwerennej polityki, tylko odczytywanie tekstów napisanych przez innych. Częste zmiany w brytyjskiej polityce są przedstawiane nie jako efekt wewnętrznych kryzysów, wyborów czy walk frakcyjnych, ale jako dowód, że „istota pozostaje ta sama” czyli, że niezależnie od nazwiska na stanowisku, decyzje zapadają gdzie indziej.
Tego rodzaju opis ma potrójny efekt. Po pierwsze, obniża zaufanie do instytucji demokratycznych – skoro przywódcy są jedynie marionetkami, po co ufać ich deklaracjom? Po drugie, ośmiesza samych polityków, czyniąc z nich osoby niepoważne, niekompetentne, niesamodzielne. Po trzecie, przygotowuje grunt pod główną tezę: skoro ci ludzie nie rządzą naprawdę, to ktoś musi nimi kierować – właśnie wspomniane „elity” czy „lobby”.
Wojna jako ratunek dla gospodarki Wielkiej Brytanii
Najbardziej rozbudowany fragment dotyczy Wielkiej Brytanii. Przekaz jest prosty: Londyn celowo dąży do przedłużenia działań wojennych na Ukrainie, ponieważ „dochody z wojny” rzekomo ratują brytyjską gospodarkę przed załamaniem.
Rosyjska Służba Wywiadu Zagranicznego, cytowana w tekście, kreśli obraz Królestwa jako państwa, które znalazło w konflikcie ukraińskim sposób na rozwiązanie własnych problemów strukturalnych. „Niegdyś problematyczne przedsiębiorstwa” przemysłu zbrojeniowego mają się przekształcać w „lokomotywę” gospodarki, a kontrakty na rzecz Ukrainy – liczone w miliardach dolarów – są przedstawiane jako fundament nowego dobrobytu.
Dopełnieniem narracji są konkretne nazwy firm, takie jak BAE Systems czy Thales UK, oraz wspomniane wielomiliardowe zamówienia na sprzęt wojskowy, w tym bezzałogowce. Ten zabieg ma sprawić, że opowieść wyda się konkretna i wiarygodna. Nie znajdziemy jednak ani słowa o skali brytyjskiej gospodarki, o innych jej sektorach, o kosztach kryzysu energetycznego czy inflacji. Cała złożona rzeczywistość zostaje zredukowana do jednego miesiąca napędzającego pociąg – przemysłu zbrojeniowego.
W ten sposób wsparcie wojskowe dla Ukrainy przestaje być przedstawiane jako odpowiedź na agresję Rosji czy realizacja zobowiązań sojuszniczych. Staje się częścią cynicznej kalkulacji zysków i strat, w której los napadniętego państwa jest jedynie tłem dla interesów biznesu.
Trump jako jedyny „rozjemca” otoczony spiskiem
Kolejny element narracji dotyczy prezydenta USA Donalda Trumpa, opisywanego jako przywódca, który rozwija „działalność pokojową” i dąży do uregulowania konfliktu. Na tym tle brytyjskie „elity” mają szykować plan jego dyskredytacji, aby uniemożliwić zakończenie działań wojennych.
Według cytowanego komunikatu, Londyn rozważa „reanimację” dawnego „dossier” byłego oficera brytyjskiego wywiadu – materiału, który miał obciążać prezydenta USA domniemanymi związkami ze służbami rosyjskimi i sowieckimi. Dokument ten jest inwektywnie przedstawiany jako „fałszywy” i „szyty grubymi nićmi”, więc każda próba powrotu do wątku ma być z góry uznana za manipulację.
To bardzo wygodny zabieg propagandowy: z jednej strony Trump zostaje obsadzony w roli ostatniego poważnego polityka gotowego rozmawiać o pokoju, z drugiej – każdy przyszły zarzut wobec niego zostaje uprzedzająco unieważniony jako „insynuacja” inspirowana przez wrogie środowiska. Odbiorca ma przyjąć, że jeśli w przestrzeni publicznej pojawią się jakiekolwiek nowe informacje o powiązaniach Trumpa z Rosją, będą one jedynie elementem gry mającej zablokować „pokojową inicjatywę”.
Ukraina jako pole rozgrywek, nie podmiot polityki
W całym omawianym przekazie uderza jedno: Ukraina praktycznie nie występuje jako podmiot. Mówi się o „płaczliwym położeniu Sił Zbrojnych Ukrainy na froncie”, o dostawach sprzętu, koncernach korzystających na zamówieniach, o planach zwiększania produkcji dronów – ale nie ma słowa o tym, kto rozpętał wojnę, kto bombarduje miasta, kto łamie prawo międzynarodowe.
Ukraina staje się wyłącznie rynkiem zbytu, polem gry, „teatrem działań”. Jej rola ogranicza się do bycia przedmiotem cudzych strategii: Zachód rzekomo „zarabia” na wojnie, Rosja „broni się” przed chciwością przeciwnika, a mieszkańcy państw UE są okłamywani, by wspierać przedłużanie konfliktu.
W ten sposób odpowiedzialność za wojnę zostaje przeniesiona z Moskwy na Zachód. To nie Kreml okazuje się stroną, która zaryzykowała zbrojną inwazję na sąsiednie państwo; stroną, która bierze na siebie konsekwencje polityczne i moralne. W tej narracji głównym winowajcą staje się „Zachód”, a zwłaszcza Wielka Brytania, obwiniana o świadome przedłużanie cierpienia w imię zysków.
Rosja jako ofiara zachodniej chciwości
Uzupełnieniem tej układanki jest obraz Rosji jako państwa, które od lat jest celem apetytów Zachodu. W wypowiedziach pojawia się sugestia, że „inni przedstawiciele” zachodnich elit chcieli „pożywić się Rosją”, a obecna polityka sankcji i wsparcia Ukrainy to dalszy ciąg tej samej linii: osłabienia, podporządkowania, wykorzystania.
Taka narracja doskonale wpisuje się w długotrwały mit „oblężonej twierdzy”, silnie obecny w rosyjskim dyskursie. Rosja przedstawiana jest jako mocarstwo, które musi bronić się przed zewnętrzną agresją – tym razem nie w formie otwartej interwencji zbrojnej, lecz poprzez „ekonomiczne duszenie”, „rozbijanie wpływów” i „podsycanie konfliktów przy granicach”. W ten sposób nawet konsekwencje własnych działań Kremla – sankcje, izolacja, reakcje Sojuszu Północnoatlantyckiego – można przedstawić jako element niesprawiedliwego nacisku, a nie przewidywalną odpowiedź na agresję.
Mechanika manipulacji: jak zbudowany jest ten przekaz?
Jeżeli spojrzeć na całość materiąłu jak na narzędzie oddziaływania, można wyraźnie zobaczyć kilka powtarzalnych technik.
Po pierwsze, teoria spisku. Pojawia się „określona grupa elit”, która „ma interes” w przedłużaniu wojny, ale nie dowiadujemy się, kto dokładnie do niej należy, jak działa i w jaki sposób miałaby podporządkować sobie złożone instytucje Unii i NATO. Niewiedzę zastępuje się sugestią: „oni na tym zarabiają”, „oni pociągają za sznurki”. To wystarcza, by zaszczepić nieufność wobec oficjalnej polityki.
Po drugie, redukcja motywacji polityki do jednego wymiaru – pieniędzy. Z polityki bezpieczeństwa znika cały kontekst: zobowiązania sojusznicze, ryzyko dalszej eskalacji, obrona porządku międzynarodowego. Pozostaje prosty obraz: wszystkie decyzje wynikają z chęci zysku. Jeśli coś wygląda na odpowiedź na agresję, w omawianym przekazie na pewno kryje się za tym interes przemysłu zbrojeniowego.
Po trzecie, delegitymizacja przywódców. Określenia w rodzaju „gadajace głowy” nie są przypadkowe. Zamiast krytykować konkretne decyzje, podważa się zdolność przywódców do samodzielnego myślenia. Czytelnik ma dojść do wniosku, że nie ma sensu w ogóle wchodzić w szczegóły polityki – jeśli rządzą marionetki, to i tak nie warto słuchać ich argumentów.
Po czwarte, przerzucanie winy. W narracji Arkatowa i Służby Wywiadu Zagranicznego (RUS) to nie Rosja ma interes w przedłużaniu wojny, lecz Wielka Brytania i „Zachód”. To nie Kreml decyduje się kontynuować działania zbrojne, lecz Londyn i Bruksela rzekomo blokują pokój, aby utrzymać zamówienia w fabrykach. W ten sposób agresor zostaje przesunięty na dalszy plan, a odpowiedzialność rozproszona.
Po piąte, manipulacja danymi. Przywoływane są konkretne kwoty, nazwy firm, zapowiedzi kolejnych kontraktów. Tego rodzaju „szczegóły” mają budować wrażenie rzetelności i specjalistycznej wiedzy. Tymczasem selekcja danych jest całkowicie jednostronna – nie ma mowy o kosztach wojny, ryzykach gospodarczych, skali innych gałęzi gospodarki, które nie mają nic wspólnego z produkcją zbrojeniową.
Po szóste, nadużycie autorytetu służb. Służba Wywiadu Zagranicznego Rosji jest cytowana tak, jakby stanowiła niezależne źródło analizy, a nie organ państwa zaangażowanego w wojnę. Jej komunikaty funkcjonują jako „dowód” na istnienie zachodniego spisku, podczas gdy w rzeczywistości są elementem tej samej operacji wpływu.
Po siódme, uprzedzające unieważnianie krytyki. Wątek „dossier” na Trumpa jest opisany tak, by każdy ewentualny powrót do zarzutów wobec byłego prezydenta można było łatwo zakwalifikować jako „insynuację” czy „odgrzewanie fałszu”. Odbiorca, który przyswaja tę narrację, będzie z góry odporny na niewygodne informacje.
Po ósme, odwołanie do wyimaginowanej „milczącej większości”. Pojawiają się sformułowania o „wielu trzeźwo myślących Europejczykach”, którzy rzekomo już zadają sobie właściwe pytania. Nie padają żadne dane, jest tylko sugestia: „wszyscy rozsądni myślą tak jak my”. To subtelna presja na odbiorcę, by nie odstawał od domniemanej większości.
Do kogo skierowany jest ten przekaz?
Omawiany materiał jest wielowarstwowy. Wobec odbiorców rosyjskich ma wzmacniać obraz Zachodu jako cynicznego świata, w którym życie ludzkie podporządkowane jest interesom gospodarki, a demokracja jest pustym rytuałem przykrywającym rządy elit. Ma także budować poczucie, że Rosja – choć przedstawiana jako potęga – w istocie musi się bronić przed agresywną polityką Zachodu.
Wobec odbiorców w państwach Unii ten przekaz ma wywołać przede wszystkim znużenie i nieufność. Jeśli pomoc dla Ukrainy to jedynie „biznes śmierci”, jeśli rządy są sterowane przez niewidzialne grupy interesu, jeśli wojna trwa tylko dlatego, że komuś opłaca się sprzedawać broń – łatwo dojść do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem jest dystans i wycofanie.
Wreszcie wobec państw spoza Zachodu ten rodzaj narracji wpisuje się w szerszą opowieść o „upadającym, cynicznym Zachodzie” i „oblężonej Rosji”, która staje w obronie własnych interesów. W takim ujęciu wojna na Ukrainie przestaje być konsekwencją jednostronnej agresji, a staje się kolejnym etapem zderzenia dwóch porządków, z których żaden nie jest wolny od winy tyle że Zachód ma być rzekomo bardziej obłudny.
Wnioski
Propaganda z udziałem Iwana Arkatowa pokazuje, jak można skondensować kluczowe linie rosyjskiej propagandy: opowieść o wszechmocnych elitach, narrację o wojnie jako źródle zysku dla Zachodu, delegitymizację unijnych i natowskich przywódców, wybielanie odpowiedzialności Kremla oraz budowanie szczególnej roli wybranego zagranicznego polityka jako „ostatniego rozjemcy”. Zestawione razem tworzą one spójny schemat interpretacyjny, który ma zastąpić odbiorcy złożoną, wielowymiarową rzeczywistość.
Dla instytucji publicznych, środowisk eksperckich i mediów w państwach demokratycznych kluczowe jest nie tylko wychwycenie pojedynczych fałszywych tez, lecz rozpoznanie całej matrycy propagandowej. Dopiero wtedy możliwe jest konsekwentne prostowanie nieprawdziwych informacji, ale też pokazywanie, jak te same chwyty – „chciwe elity”, „marionetkowi przywódcy”, „wojna dla zysku”, „oblężona Rosja” – powracają w różnych kontekstach tematycznych i geograficznych.
Świadoma polityka komunikacyjna wymaga więc stałego monitorowania podobnych materiałów, demaskowania mechanizmów manipulacji oraz wzmacniania odporności odbiorców na pozornie „eksperckie” narracje, które w istocie są starannie zaprojektowanym narzędziem wpływu. W przeciwnym razie ryzykujemy, że język propagandy zacznie stopniowo kształtować sposób, w jaki wybrane grupy opinii publicznej rozumieją wojnę, bezpieczeństwo i miejsce Europy w świecie.
Autor: Katarzyna Wojda – Disinfo Digest









![Rosja od lat przedstawia się jako naturalny partner państw Globalnego Południa oraz rzecznik „wielobiegunowego ładu”, który ma stanowić alternatywę wobec dominacji Zachodu. W tej narracji Kreml pozycjonuje się także jako przeciwnik neokolonializmu. Analiza konkretnych przypadków, obejmujących Irak, Kubę oraz wybrane państwa afrykańskie, prowadzi jednak do odmiennych wniosków. W praktyce zamiast relacji partnerskich widoczny jest powtarzalny schemat instrumentalnego wykorzystywania zasobów tych państw. Mechanizm ten nie jest nowy. W wielu aspektach przypomina działania Związku Radzieckiego wobec krajów określanych wówczas jako Trzeci Świat. Zmieniła się retoryka oraz część narzędzi operacyjnych, natomiast podstawowa logika pozostaje podobna. Rosja deklaruje wsparcie dla suwerenności i niezależności państw Globalnego Południa, jednocześnie wykorzystując ich ograniczenia strukturalne dla realizacji własnych celów politycznych i militarnych. Irak jako model operacyjny Przypadek Iraku dostarcza jednego z najbardziej przejrzystych przykładów działania mechanizmu rekrutacyjnego. W lutym 2026 roku irackie służby bezpieczeństwa zatrzymały 17 osób podejrzanych o udział w siatce werbunkowej. Jak podaje portal The New Arab, młodzi Irakijczycy byli przyciągani ofertami pracy oraz studiów, które po przyjeździe do Rosji „przekształcały się w kontrakt na służbę wojskową”. Kluczowym elementem całego procesu był brak tłumaczenia dokumentów oraz presja wywierana na podpisywanie umów sporządzonych w języku obcym. Dostępne relacje wskazują, że nie był to incydent jednostkowy. Jak czytamy w dzienniku The National, „młodzież była wciągana poprzez pozornie legalne kanały, takie jak agencje pracy czy biura podróży, a następnie wiązana kontraktami w obcym języku”. Źródła te sugerują również, że skala zjawiska jest istotna. Według przywoływanych informacji „około 3 000 Irakijczyków trafiło do rosyjskiej armii”. Reakcja władz w Bagdadzie wskazuje, że proceder został potraktowany jako realne zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Podjęto decyzję o zamknięciu części programów stypendialnych oraz rozpoczęto działania dyplomatyczne. W analizie tego przypadku konieczne jest zachowanie precyzji. Mamy do czynienia z konkretnym mechanizmem funkcjonującym w Iraku, a nie z jednorodnym zjawiskiem obejmującym cały region, co bywa upraszczane w niektórych przekazach. Skalowanie mechanizmu: Kuba i Afryka Podobne schematy działania widoczne są także poza Irakiem, co wskazuje na ich powtarzalny, a nie incydentalny charakter. Na Kubie rekrutacja opiera się przede wszystkim na wykorzystaniu dysproporcji ekonomicznych. Jak wskazuje analiza Friedrich Naumann Foundation, oferowano wynagrodzenia „rzędu 2 000 USD miesięcznie przy średniej kubańskiej około 17 USD”, a także obietnice nieruchomości i uzyskania obywatelstwa. W tym samym opracowaniu szacuje się, że liczba osób zaangażowanych po stronie rosyjskiej może sięgać nawet kilkunastu tysięcy. Zjawisko to ma jednocześnie wyraźny wymiar komunikacyjny. Portal The New Voice of Ukraine podaje, powołując się na ustalenia ukraińskiego wywiadu, że działania te służą budowaniu przekazu, zgodnie z którym „Rosja nie jest agresorem, bo wspiera ją także ‘cywilizowany świat’”. W tym ujęciu osoby rekrutowane pełnią podwójną funkcję, ponieważ są wykorzystywane zarówno operacyjnie, jak i propagandowo. W państwach afrykańskich proces ten ma bardziej rozproszony charakter, jednak jego logika pozostaje zbliżona. Jak relacjonuje Al Jazeera, według strony ukraińskiej „ponad 1 780 obywateli afrykańskich walczy obecnie w rosyjskiej armii”, a sam mechanizm obejmuje dziesiątki państw. Jednocześnie źródła cytowane przez tę redakcję wskazują, że wielu rekrutów było „wciąganych na czarnym rynku pracy […] bez przeszkolenia”, często pod pretekstem ofert zatrudnienia. Relacje uczestników tych procesów potwierdzają, że sytuacja po przyjeździe do Rosji miała w wielu przypadkach charakter przymusowy. W materiale agencji Reuters czytamy, że część z nich została skierowana „bezpośrednio do kopania okopów i działań na froncie”, często bez odpowiedniego przygotowania oraz zaplecza logistycznego. Mechanizm działania: struktura i funkcje Analiza porównawcza pozwala uchwycić spójny schemat operacyjny, który powtarza się w różnych kontekstach geograficznych. Pierwszym etapem jest impuls ekonomiczny. Jak podaje dziennik The National, potencjalnym rekrutom oferuje się „jednorazowe premie sięgające 20 000 USD oraz miesięczne wynagrodzenie około 3 000 USD”. W realiach wielu państw Globalnego Południa oznacza to dochód wielokrotnie przewyższający lokalne standardy, co znacząco zwiększa podatność na ofertę. Drugim etapem jest moment przejęcia kontroli. Po przyjeździe do Rosji rekruci trafiają w sytuację asymetrii informacyjnej i prawnej. Podpisują dokumenty, których często nie rozumieją, a ich możliwość wycofania się zostaje ograniczona. Agencja Reuters relacjonuje, że część z nich trafia „bezpośrednio na front, nierzadko do najbardziej niebezpiecznych zadań”, co wskazuje na instrumentalne traktowanie tych osób jako zasobu wysokiego ryzyka. Trzecim elementem jest warstwa informacyjna. Obecność cudzoziemców jest eksponowana w przekazie medialnym jako dowód międzynarodowego poparcia. Jak wskazuje portal The New Voice of Ukraine, ich udział służy budowaniu narracji o globalnej legitymizacji działań Rosji, co ma znaczenie zarówno wobec odbiorców wewnętrznych, jak i zagranicznych. Uzupełnieniem tego modelu są lokalne sieci współpracy. Z ustaleń agencji Reuters wynika, że w niektórych przypadkach proces rekrutacji wspierany jest przez lokalnych aktorów politycznych oraz biznesowych. Zwiększa to wiarygodność ofert i ułatwia dotarcie do potencjalnych kandydatów, jednocześnie utrudniając przeciwdziałanie temu zjawisku na poziomie państwowym. Bandung i reinterpretacja „trzeciej drogi” Konferencja w Bandungu w 1955 roku stanowiła próbę zdefiniowania realnej autonomii państw postkolonialnych wobec rywalizujących bloków. Jej uczestnicy odrzucali podporządkowanie zarówno Zachodowi, jak i Związkowi Radzieckiemu. Jak przypomina analiza publikowana przez Explaining History, deklarowano sprzeciw wobec „kolonializmu we wszystkich jego postaciach”, obejmującego każdą formę dominacji zewnętrznej, niezależnie od jej ideologicznego uzasadnienia. Współczesna Rosja świadomie odwołuje się do tej tradycji. W swojej komunikacji podkreśla znaczenie wielobiegunowości oraz wspólnoty państw Globalnego Południa, które mają rzekomo odzyskiwać podmiotowość w systemie międzynarodowym. Problem polega na tym, że obserwowane działania stoją w sprzeczności z tym przekazem. Mechanizmy rekrutacyjne prowadzą do sytuacji, w której obywatele tych państw są wciągani w konflikt po stronie rosyjskiej. W praktyce oznacza to odejście od idei niezaangażowania i faktyczne podporządkowanie się jednemu z aktorów. W tym ujęciu widoczna jest wyraźna ciągłość historyczna. Związek Radziecki również deklarował wsparcie dla państw niezaangażowanych, jednocześnie konsekwentnie rozszerzając własną strefę wpływów. Dzisiejsza Rosja operuje mniej ideologicznym językiem, częściej wykorzystuje narzędzia ekonomiczne, sieci pośredników oraz mechanizmy rynkowe, jednak cel pozostaje zbliżony. Chodzi o wciąganie państw i ich społeczeństw w orbitę własnych interesów, przy jednoczesnym utrzymaniu narracji o partnerstwie i wspólnej walce z dominacją Zachodu. Między narracją a praktyką Zestawienie przypadków Iraku, Kuby oraz państw afrykańskich prowadzi do jednego zasadniczego wniosku, choć nie wynika on z deklaracji, lecz z obserwacji konkretnych działań. W różnych kontekstach geograficznych powtarza się ten sam schemat, w którym czynniki ekonomiczne, presja sytuacyjna oraz manipulacja informacyjna tworzą spójny mechanizm pozyskiwania ludzi do działań militarnych. Na poziomie oficjalnym Rosja konsekwentnie odwołuje się do idei współpracy i wspólnoty interesów z państwami Globalnego Południa. W praktyce prowadzi to jednak do ograniczania ich realnej autonomii. Koncepcja „trzeciej drogi”, która miała oznaczać niezależność od wielkich bloków, przestaje funkcjonować jako projekt polityczny, a zaczyna pełnić rolę narzędzia uzasadniającego konkretne działania. Z perspektywy analitycznej kluczowe znaczenie ma rozróżnienie między warstwą deklaratywną a operacyjną. To nie język oficjalnych wystąpień, lecz przebieg procesów rekrutacyjnych, przepływ ludzi oraz sposób ich wykorzystania pozwalają uchwycić rzeczywisty charakter relacji. W tym wymiarze Globalne Południe nie występuje jako równorzędny partner, lecz jako zasób, który można mobilizować w zależności od potrzeb strategicznych.](https://disinfodigest.pl/wp-content/uploads/2026/04/Zasobyludzkie.png)





