
Wystawa „Zachodni Azerbejdżan w naszej pamięci kulturowej”, zaprezentowana w sercu Warszawy, a wcześniej na prestiżowej uczelni, stała się przykładem, jak obce państwa mogą instrumentalizować przestrzeń informacyjną, by szerzyć historyczny rewizjonizm i dezinformację. Pod pozorem promocji kultury i pamięci, azerbejdżańska narracja podważa prawo Armenii do istnienia, przemycając do polskiej debaty publicznej elementy nie tylko fałszujące historię, ale i sprzyjające szerzeniu wrogości etnicznej. Analizujemy, dlaczego takie działania nie powinny mieć miejsca w otwartych, pluralistycznych społeczeństwach i jakie zagrożenia niesie za sobą ich tolerowanie.
7 kwietnia br. na warszawskim Skwerze im. ks. Jana Twardowskiego zainstalowano wystawę zatytułowaną „Zachodni Azerbejdżan w naszej pamięci kulturowej”, będącą w istocie przejawem dezinformacji oraz działań FIMI Republiki Azerbejdżan w Polsce. Jednocześnie wystawa ta stanowi wyraz rewizjonizmu wymierzonego w Republikę Armenii i przenosi konflikt ormiańsko-azerbejdżański do polskiej przestrzeni informacyjnej, co nie powinno mieć miejsca.
Wystawę otwarto z udziałem ambasador Azerbejdżanu w Polsce, Nargiz Gurbanowej, a także przedstawicieli tzw. „wspólnoty Zachodniego Azerbejdżanu”. Wcześniej, w październiku 2024 roku, ta sama ekspozycja była prezentowana na terenie prestiżowej uczelni publicznej – Szkoły Głównej Handlowej – a w jej otwarciu uczestniczył rektor uczelni oraz polscy parlamentarzyści. Warto dodać, że w czerwcu 2024 roku na terenie tej samej uczelni odbyła się wystawa „Górski Karabach (Arcach) – dziedzictwo w niebezpieczeństwie. Wystawa fotografii autorstwa Vahe Gabrielyana i innych”. Nie była to jednak próba przedstawienia równoważnych argumentów obu stron sporu na Kaukazie Południowym, gdyż ekspozycja dotycząca Górskiego Karabachu nie zawierała elementów dezinformacyjnych.
Nie były to jedyne wydarzenia organizowane przez środowiska ormiańskie i azerbejdżańskie w polskiej przestrzeni publicznej. W czerwcu 2024 roku przed kościołem Sióstr Wizytek na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie Ambasada Azerbejdżanu otworzyła wystawę „Dziedzictwo chrześcijańskie w wielokulturowej tożsamości Azerbejdżanu”, która również zawierała elementy dezinformacji. Natomiast 25 kwietnia 2025 roku przed kościołem dominikanów w Warszawie otwarto wystawę zorganizowaną przez Fundację Kultury i Dziedzictwa Ormian Polskich zatytułowaną „Ormianie w Baku, 1905”. Również w tym przypadku nie można uznać obu wystaw za równoważne elementy dyplomacji publicznej Armenii i Azerbejdżanu.
Obce państwa naturalnie mogą w ramach dyplomacji publicznej prowadzić działania promujące swoją historię i kulturę, jednak o ile nie zawierają one elementów w oczywisty sposób fałszujących historię, manipulujących geografią ani nie wprowadzają treści podważających integralność terytorialną innych państw, a nawet ich prawo do istnienia (jak ma to miejsce w przypadku wystawy o „Zachodnim Azerbejdżanie”).
Zaistniałą sytuację można porównać do hipotetycznej wystawy na prestiżowej niemieckiej uczelni, prezentującej Łódź jako niemieckie miasto Litzmannstadt, rzekomo założone przez legendarnego niemieckiego przemysłowca Litzmanna w XIX wieku i będące częścią „wschodnich Niemiec” lub „południowych Prus”.
Pojęcie „Zachodniego Azerbejdżanu” jest dobrze znane w geografii politycznej i oznacza tereny znajdujące się w Iranie, na południe od rzeki Aras i na zachód od jeziora Urmia, które w Islamskiej Republice Iranu stanowią oddzielny ostan (prowincję) ze stolicą w mieście Urmia. Tereny te mają mieszane dziedzictwo kulturowe, głównie azerbejdżańsko-kurdyjskie, ze znaczącą obecnością kulturową ormiańską oraz asyryjską. Warto podkreślić, że ani władze Iranu, ani lokalna ludność nie starają się fałszować tożsamości tych ziem i ich spuścizny kulturowej. Świadczy o tym fakt, iż na terenie tego ostanu znajdują się dwa obiekty UNESCO, z których jeden stanowi kompleks górskich klasztorów ormiańskich, a drugi to obiekt znany jako Tachte Solejman, będący w istocie sasanidzką świątynią zoroastriańską.
Nawiązuje to do irańskich korzeni Azerbejdżanu, której to nazwa wyewoluowała ze średnioperskiej nazwy Aturpatakan (Strażnicy Ognia), nie mając w istocie nic wspólnego z tureckim żywiołem etnicznym, do którego nawiązuje Republika Azerbejdżanu ze stolicą w Baku. Pojawił się on na tych terenach ok. X–XI w. i od tego czasu odgrywał kluczową rolę w dziejach Iranu, a później również Kaukazu Południowego. Niemniej do końca XIX w. nazwa Azerbejdżan odnosiła się wyłącznie do terenów znajdujących się w Iranie, na południe od rzeki Aras.
Tymczasem na wystawie przez „Zachodni Azerbejdżan” rozumiane jest nie terytorium irańskiego ostanu, lecz Republika Armenii, w tym jej stolica Erewań. Stanowi to podważenie prawa tego państwa do istnienia, co jest niedopuszczalne w polskiej przestrzeni publicznej, zwłaszcza na terenie uczelni publicznej. Jest to także manipulacja geograficzna dokonana w oparciu o fałszowanie historii.
Z wystawy można się bowiem dowiedzieć, że historia tych terenów zaczęła się w XV w., gdy pewien kupiec z państwa Tamerlana odkrył, iż te tereny są żyzne i założył tam wioskę Ravan. Sto lat później „głowa państwa Safawidów (Azerbejdżan)”, Ismail I, miał powierzyć zarząd nad tymi terenami Ravangulu Chanowi, który miał zbudować tam twierdzę, zachowując nazwę „Ravan”.
W narracji przedstawionej na wystawie podkreśla się również, że do czasu przybycia Rosjan na te tereny w XIX w., wszystkie nazwy geograficzne były turkijskie, co ma świadczyć o tym, że jest to część starożytnego Azerbejdżanu (podczas gdy w starożytności ludy tureckie nie zamieszkiwały ani Azerbejdżanu, ani Południowego Kaukazu).
Według wystawy Ormianie nie mieli żadnych historycznych ani kulturowych związków z tymi terenami i pojawili się na nich dopiero w XX w., dokonując mordów, ludobójstwa i czystek etnicznych na „rdzennej ludności miejscowej”, a następnie dokonując armenizacji nazw geograficznych.
Przedstawiona wersja historii jest jednak fałszerstwem, którego jedynym celem jest uzasadnienie rewizjonizmu i podważanie prawa Armenii do istnienia. Dokonywane jest to w bardzo delikatnym momencie, gdy Armenia stara się dokonać normalizacji stosunków z Azerbejdżanem i Turcją w oparciu o wzajemne uznanie istniejących granic. Starania te są jednak blokowane przez stronę azerbejdżańską, która stawia żądania ograniczające suwerenność Armenii na jej terytorium.
W tym celu stworzony został również projekt polityczny pod nazwą „Zachodni Azerbejdżan”, którego celem jest podważenie prawa Armenii do istnienia. Narracja ta jest elementem skrajnie nacjonalistycznej ideologii panturkizmu, która zrodziła się w Imperium Osmańskim pod koniec XIX w. i doprowadziła do ludobójstwa Ormian w 1915 r. Wypowiedzi władz Azerbejdżanu, zawierające roszczenia terytorialne wobec Armenii, zostały także potępione w dwóch rezolucjach Parlamentu Europejskiego w 2021 i 2022 r.
Historia Armenii nie zaczęła się w XV w., gdy na te tereny przybyły turkomańskie plemiona Karakoyonlu i Akkoyonlu, lecz ok. 3 tys. lat temu, gdy weszły one w skład protoarmeńskiego państwa Urartu. Nazwa Erewan pochodzi od twierdzy Erebuni, założonej w 782 r. p.n.e., a nie od jakiegoś legendarnego kupca z XV w.
Od czasów Urartu tereny te wchodziły kolejno w skład achemenidzkiej satrapii Armenii, arsacydzkiego królestwa Armenii, prowincji Armenii w Imperium Sasanidzkim, a następnie emiratu Armenii w kalifacie, aż do odzyskania niepodległości przez Armenię pod rządami dynastii Bagratydów, których królestwo trwało do 1045 r., gdy Armenia na tych terenach zniknęła z mapy jako jednolity i samodzielny podmiot.
Przez kolejne 450 lat na terenach tych panował chaos związany z najazdami tureckimi i mongolskimi, jednakże obecność Ormian utrzymała się. W tym czasie zaczęła się kształtować mozaika kulturowa, etniczna i religijna, obejmująca cały Południowy Kaukaz. Gdy na początku XVI w. Południowy Kaukaz znalazł się w granicach odnowionego przez Safawidów Iranu, osadnictwo tureckojęzycznych szyitów uległo nasileniu, gdyż szach uznawał ich za najpewniejszy element obrony tych ziem przed najazdami turecko-sunnickiego Imperium Osmańskiego.
W połowie XVIII w. rzeczywiście powstał chanat Irewanu jako lenno perskie, jednakże istniał on niespełna sto lat, a historia tych ziem nie zaczęła się od niego.
O starożytnym i średniowiecznym armeńskim rodowodzie tych ziem świadczą liczne pomniki kultury materialnej, w tym wpisane na listę UNESCO: klasztor Geghard, założony w IV w., ruiny katedry Zwartnoc z VII w. (zniszczonej w 930 r. w wyniku trzęsienia ziemi) oraz katedra w Eczmiadzynie, zbudowana w IV w. i będąca siedzibą katolikosów (głowy Kościoła ormiańskiego) w latach 301–452 oraz od 1441 r. do dziś.
Nie ulega wątpliwości, że bogata historia Południowego Kaukazu powoduje, iż na terenie Armenii znajdują się liczne pomniki kultury materialnej innych grup etnicznych, w tym Azerbejdżanu (jednakże z czasów nowożytnych, a nie średniowiecza i starożytności). Również na terenie Azerbejdżanu znajdują się (lub znajdowały, gdyż znaczna ich część została celowo zniszczona) liczne pomniki kultury materialnej Ormian. O tym, że Ormianie mieszkali w Baku, można się przekonać choćby z dzieła Stefana Żeromskiego „Przedwiośnie”, gdzie oczami Cezarego Baryki czytelnik widzi rzezie, które były tematem wystawy „Ormianie w Baku, 1905”. Na tej wystawie nie było jednak mowy o jakichkolwiek pretensjach terytorialnych Ormian do Baku, a sama ekspozycja została zorganizowana przez środowisko polskich Ormian i nawiązywała do dziejów polskiej rodziny mieszkającej w tym czasie w Baku.
Również na wystawie dotyczącej zagrożonego dziedzictwa Ormian w Górskim Karabachu nie pojawiły się żadne elementy polityczne, tj. odnoszące się do konfliktu terytorialnego o te tereny między Azerbejdżanem a ormiańską ludnością miejscową.
Wystawy prezentujące bogactwo kulturowe Kaukazu Południowego, a także tragiczne losy mieszkańców tych terenów (w tym zarówno Ormian, jak i Azerów), są jak najbardziej wskazane, o ile poszerzają wiedzę, a nie stanowią dezinformacji opartej na falsyfikującej historię propagandzie, szerzącej nienawiść do innych narodów oraz podważającej ich prawo do istnienia.
Gdyby Ambasada Republiki Azerbejdżanu przygotowała wystawę o dziedzictwie kulturowym Azerów w Armenii, a nie w „Azerbejdżanie Zachodnim”, i nie prezentowała sfałszowanej narracji historycznej, to taka ekspozycja byłaby cenna edukacyjnie. Jeszcze bardziej wartościowa byłaby wystawa prezentująca jednocześnie dziedzictwo ormiańskie w Azerbejdżanie i azerbejdżańskie w Armenii.
Konieczne jest, by w przyszłości, przed dopuszczeniem takich wystaw (zwłaszcza na uczelniach publicznych), dokonywano ich oceny pod kątem zgodności historycznej i geograficznej oraz dbano o to, by nie zawierały one elementów nienawiści etnicznej, rewizjonizmu oraz podważania prawa innych narodów i państw do istnienia.
Wystawa o „Zachodnim Azerbejdżanie” poprzez selektywną chronologię, fałszywy kontekst i mylące utożsamienia konstruuje przekaz dezinformacyjny, który nie odpowiada standardom rzetelności informacyjnej. A w środowisku akademickim, gdzie wystawa była prezentowana, tego typu jednostronne ekspozycje, ignorujące uznane ustalenia nauki, powinny być uzupełniane o panel dyskusyjny z udziałem historyków ormiańskich, azerskich i niezależnych badaczy.
Autor: dr Witold Repetowicz, Dziennik Disinfo Digest












![Rosja od lat przedstawia się jako naturalny partner państw Globalnego Południa oraz rzecznik „wielobiegunowego ładu”, który ma stanowić alternatywę wobec dominacji Zachodu. W tej narracji Kreml pozycjonuje się także jako przeciwnik neokolonializmu. Analiza konkretnych przypadków, obejmujących Irak, Kubę oraz wybrane państwa afrykańskie, prowadzi jednak do odmiennych wniosków. W praktyce zamiast relacji partnerskich widoczny jest powtarzalny schemat instrumentalnego wykorzystywania zasobów tych państw. Mechanizm ten nie jest nowy. W wielu aspektach przypomina działania Związku Radzieckiego wobec krajów określanych wówczas jako Trzeci Świat. Zmieniła się retoryka oraz część narzędzi operacyjnych, natomiast podstawowa logika pozostaje podobna. Rosja deklaruje wsparcie dla suwerenności i niezależności państw Globalnego Południa, jednocześnie wykorzystując ich ograniczenia strukturalne dla realizacji własnych celów politycznych i militarnych. Irak jako model operacyjny Przypadek Iraku dostarcza jednego z najbardziej przejrzystych przykładów działania mechanizmu rekrutacyjnego. W lutym 2026 roku irackie służby bezpieczeństwa zatrzymały 17 osób podejrzanych o udział w siatce werbunkowej. Jak podaje portal The New Arab, młodzi Irakijczycy byli przyciągani ofertami pracy oraz studiów, które po przyjeździe do Rosji „przekształcały się w kontrakt na służbę wojskową”. Kluczowym elementem całego procesu był brak tłumaczenia dokumentów oraz presja wywierana na podpisywanie umów sporządzonych w języku obcym. Dostępne relacje wskazują, że nie był to incydent jednostkowy. Jak czytamy w dzienniku The National, „młodzież była wciągana poprzez pozornie legalne kanały, takie jak agencje pracy czy biura podróży, a następnie wiązana kontraktami w obcym języku”. Źródła te sugerują również, że skala zjawiska jest istotna. Według przywoływanych informacji „około 3 000 Irakijczyków trafiło do rosyjskiej armii”. Reakcja władz w Bagdadzie wskazuje, że proceder został potraktowany jako realne zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Podjęto decyzję o zamknięciu części programów stypendialnych oraz rozpoczęto działania dyplomatyczne. W analizie tego przypadku konieczne jest zachowanie precyzji. Mamy do czynienia z konkretnym mechanizmem funkcjonującym w Iraku, a nie z jednorodnym zjawiskiem obejmującym cały region, co bywa upraszczane w niektórych przekazach. Skalowanie mechanizmu: Kuba i Afryka Podobne schematy działania widoczne są także poza Irakiem, co wskazuje na ich powtarzalny, a nie incydentalny charakter. Na Kubie rekrutacja opiera się przede wszystkim na wykorzystaniu dysproporcji ekonomicznych. Jak wskazuje analiza Friedrich Naumann Foundation, oferowano wynagrodzenia „rzędu 2 000 USD miesięcznie przy średniej kubańskiej około 17 USD”, a także obietnice nieruchomości i uzyskania obywatelstwa. W tym samym opracowaniu szacuje się, że liczba osób zaangażowanych po stronie rosyjskiej może sięgać nawet kilkunastu tysięcy. Zjawisko to ma jednocześnie wyraźny wymiar komunikacyjny. Portal The New Voice of Ukraine podaje, powołując się na ustalenia ukraińskiego wywiadu, że działania te służą budowaniu przekazu, zgodnie z którym „Rosja nie jest agresorem, bo wspiera ją także ‘cywilizowany świat’”. W tym ujęciu osoby rekrutowane pełnią podwójną funkcję, ponieważ są wykorzystywane zarówno operacyjnie, jak i propagandowo. W państwach afrykańskich proces ten ma bardziej rozproszony charakter, jednak jego logika pozostaje zbliżona. Jak relacjonuje Al Jazeera, według strony ukraińskiej „ponad 1 780 obywateli afrykańskich walczy obecnie w rosyjskiej armii”, a sam mechanizm obejmuje dziesiątki państw. Jednocześnie źródła cytowane przez tę redakcję wskazują, że wielu rekrutów było „wciąganych na czarnym rynku pracy […] bez przeszkolenia”, często pod pretekstem ofert zatrudnienia. Relacje uczestników tych procesów potwierdzają, że sytuacja po przyjeździe do Rosji miała w wielu przypadkach charakter przymusowy. W materiale agencji Reuters czytamy, że część z nich została skierowana „bezpośrednio do kopania okopów i działań na froncie”, często bez odpowiedniego przygotowania oraz zaplecza logistycznego. Mechanizm działania: struktura i funkcje Analiza porównawcza pozwala uchwycić spójny schemat operacyjny, który powtarza się w różnych kontekstach geograficznych. Pierwszym etapem jest impuls ekonomiczny. Jak podaje dziennik The National, potencjalnym rekrutom oferuje się „jednorazowe premie sięgające 20 000 USD oraz miesięczne wynagrodzenie około 3 000 USD”. W realiach wielu państw Globalnego Południa oznacza to dochód wielokrotnie przewyższający lokalne standardy, co znacząco zwiększa podatność na ofertę. Drugim etapem jest moment przejęcia kontroli. Po przyjeździe do Rosji rekruci trafiają w sytuację asymetrii informacyjnej i prawnej. Podpisują dokumenty, których często nie rozumieją, a ich możliwość wycofania się zostaje ograniczona. Agencja Reuters relacjonuje, że część z nich trafia „bezpośrednio na front, nierzadko do najbardziej niebezpiecznych zadań”, co wskazuje na instrumentalne traktowanie tych osób jako zasobu wysokiego ryzyka. Trzecim elementem jest warstwa informacyjna. Obecność cudzoziemców jest eksponowana w przekazie medialnym jako dowód międzynarodowego poparcia. Jak wskazuje portal The New Voice of Ukraine, ich udział służy budowaniu narracji o globalnej legitymizacji działań Rosji, co ma znaczenie zarówno wobec odbiorców wewnętrznych, jak i zagranicznych. Uzupełnieniem tego modelu są lokalne sieci współpracy. Z ustaleń agencji Reuters wynika, że w niektórych przypadkach proces rekrutacji wspierany jest przez lokalnych aktorów politycznych oraz biznesowych. Zwiększa to wiarygodność ofert i ułatwia dotarcie do potencjalnych kandydatów, jednocześnie utrudniając przeciwdziałanie temu zjawisku na poziomie państwowym. Bandung i reinterpretacja „trzeciej drogi” Konferencja w Bandungu w 1955 roku stanowiła próbę zdefiniowania realnej autonomii państw postkolonialnych wobec rywalizujących bloków. Jej uczestnicy odrzucali podporządkowanie zarówno Zachodowi, jak i Związkowi Radzieckiemu. Jak przypomina analiza publikowana przez Explaining History, deklarowano sprzeciw wobec „kolonializmu we wszystkich jego postaciach”, obejmującego każdą formę dominacji zewnętrznej, niezależnie od jej ideologicznego uzasadnienia. Współczesna Rosja świadomie odwołuje się do tej tradycji. W swojej komunikacji podkreśla znaczenie wielobiegunowości oraz wspólnoty państw Globalnego Południa, które mają rzekomo odzyskiwać podmiotowość w systemie międzynarodowym. Problem polega na tym, że obserwowane działania stoją w sprzeczności z tym przekazem. Mechanizmy rekrutacyjne prowadzą do sytuacji, w której obywatele tych państw są wciągani w konflikt po stronie rosyjskiej. W praktyce oznacza to odejście od idei niezaangażowania i faktyczne podporządkowanie się jednemu z aktorów. W tym ujęciu widoczna jest wyraźna ciągłość historyczna. Związek Radziecki również deklarował wsparcie dla państw niezaangażowanych, jednocześnie konsekwentnie rozszerzając własną strefę wpływów. Dzisiejsza Rosja operuje mniej ideologicznym językiem, częściej wykorzystuje narzędzia ekonomiczne, sieci pośredników oraz mechanizmy rynkowe, jednak cel pozostaje zbliżony. Chodzi o wciąganie państw i ich społeczeństw w orbitę własnych interesów, przy jednoczesnym utrzymaniu narracji o partnerstwie i wspólnej walce z dominacją Zachodu. Między narracją a praktyką Zestawienie przypadków Iraku, Kuby oraz państw afrykańskich prowadzi do jednego zasadniczego wniosku, choć nie wynika on z deklaracji, lecz z obserwacji konkretnych działań. W różnych kontekstach geograficznych powtarza się ten sam schemat, w którym czynniki ekonomiczne, presja sytuacyjna oraz manipulacja informacyjna tworzą spójny mechanizm pozyskiwania ludzi do działań militarnych. Na poziomie oficjalnym Rosja konsekwentnie odwołuje się do idei współpracy i wspólnoty interesów z państwami Globalnego Południa. W praktyce prowadzi to jednak do ograniczania ich realnej autonomii. Koncepcja „trzeciej drogi”, która miała oznaczać niezależność od wielkich bloków, przestaje funkcjonować jako projekt polityczny, a zaczyna pełnić rolę narzędzia uzasadniającego konkretne działania. Z perspektywy analitycznej kluczowe znaczenie ma rozróżnienie między warstwą deklaratywną a operacyjną. To nie język oficjalnych wystąpień, lecz przebieg procesów rekrutacyjnych, przepływ ludzi oraz sposób ich wykorzystania pozwalają uchwycić rzeczywisty charakter relacji. W tym wymiarze Globalne Południe nie występuje jako równorzędny partner, lecz jako zasób, który można mobilizować w zależności od potrzeb strategicznych.](https://disinfodigest.pl/wp-content/uploads/2026/04/Zasobyludzkie.png)


