
Bieżący DisInfoPack powstał na podstawie analizy materiału wyemitowanego w programie „Wieczór z Władimirem Sołowjowem” na antenie Rossija 1. W audycji wykorzystano fragment przemówienia prezydenta RP Karola Nawrockiego z okazji Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu jako pretekst do uruchomienia sekwencji propagandowej wymierzonej w Polskę. Mechanizm przekazu nie ogranicza się do manipulacji historycznej: jego rdzeniem jest delegitymizacja moralna, zastraszanie oraz pseudohistoryczne uzasadnianie przemocy, w tym sugestii terytorialnego rozpadu państwa.
„Uzbrojenie pamięci”: jak propaganda wykorzystuje Holokaust przeciw Polsce
W analizowanym materiale pamięć o Holokauście została potraktowana jak narzędzie presji politycznej. Wypowiedź prezydenta, który przypomniał, że choć Armia Czerwona wyzwoliła Auschwitz, to nie przyniosła Polsce pełnej suwerenności, została wyrwana z kontekstu i osadzona w tezie, że Polska „relatywizuje Holokaust”. To klasyczny zabieg „uzbrojenia pamięci”: historyczny symbol o maksymalnym ładunku emocjonalnym ma zostać przechwycony i użyty do zdyskredytowania współczesnego państwa.
W tej konstrukcji Polska zostaje ustawiona nie jako strażnik pamięci i państwo-ofiara dwóch totalitaryzmów, ale jako podmiot moralnie podejrzany, który rzekomo rozmywa odpowiedzialność sprawców. Propaganda kremlowska sięga tu po mechanizm szczególnie skuteczny w sferze wizerunkowej: wystarczy zaszczepić wątpliwość („relatywizują”), aby osłabić wiarygodność każdego kolejnego komunikatu płynącego z Warszawy – niezależnie od jego merytorycznej treści.
„Spadkobiercy nazistów”: najcięższa etykieta w arsenale delegitymizacji
W drugiej warstwie przekazu zarzut relatywizacji przechodzi w oskarżenie jeszcze ostrzejsze: Polska ma być „spadkobierczynią nazistów”, a nawet elementem „wskrzeszania nazizmu” w Europie. To rdzeń propagandy opartej na moralnym absolutyzmie: jeśli przeciwnik zostaje nazwany nazistą, nie jest już stroną sporu – staje się obiektem „potępienia”, a w skrajnych wariantach także „kary”.
Taka etykieta pełni kilka funkcji jednocześnie. Po pierwsze, odwraca uwagę od rosyjskich agresywnych działań i wojny przeciwko Ukrainie, Zachodowi, izolacji międzynarodowej. Po drugie, umożliwia Rosji symboliczne zawłaszczenie roli jedynego depozytariusza antyfaszystowskiej legitymacji. Po trzecie, daje podglebie pod eskalację: „z nazistami” nie negocjuje się na równych zasadach, „nazistów” się „rozbija” i „denazyfikuje”. To język przygotowujący odbiorcę do akceptacji presji, a w skrajnych scenariuszach – przemocy.
„Warszawa chce wojny”: odwrócenie ról agresora i ofiary
Kolejna oś narracyjna to teza, że Warszawa dąży do konfrontacji i chce kolejnej wojny z Rosją. Jest to odwrócenie ról, w którym strona prowadząca agresywną politykę informacyjną i militarną przedstawia się jako zmuszana do reakcji. W praktyce taka narracja pełni funkcję prewencyjnego usprawiedliwienia: jeżeli odbiorca ma uwierzyć, że „to oni chcą wojny”, wówczas każde rosyjskie działanie – od gróźb po operacje destabilizacyjne – może zostać opisane jako „konieczna obrona”.
W programie teza ta jest wzmacniana retoryką deterministyczną: historia ma rzekomo dowodzić, że Polska „zawsze” wybiera konfrontację, a Rosja „zawsze” odpowiada zwycięsko. W ten sposób propaganda nie tylko demonizuje intencje Polski, ale też próbuje narzucić widzowi poczucie nieuchronności: „nie da się inaczej”, „tak musi być”.
„Moralna egzekucja”: Polska jako byt godny pogardy i upadku
Centralnym elementem analizowanej sekwencji jest dehumanizacja – język pogardy i obrazy zastępują argumenty, a celem jest emocjonalne „uzbrojenie” odbiorcy. Polska, a zwłaszcza jej przywódcy, nie są przedstawiani jako partner do sporu, lecz jako obiekt nienawiści: moralnie „plugawy”, „gorszy”, zasługujący na upokorzenie.
W propagandzie eskalacyjnej to etap kluczowy. Dehumanizacja nie jest ornamentem – jest narzędziem. Obniża próg społecznej akceptacji dla przemocy symbolicznej, a z czasem także dla przemocy realnej. Kiedy przeciwnik zostaje pozbawiony cech ludzkich, łatwiej sprzedać widzowi tezę, że „zasługuje” na karę.
„Rozbiór jako kara”: groźba ubrana w pseudohistorię
Najbardziej agresywnym komponentem programu jest otwarta groźba terytorialnego rozpadu: „wasza ziemia zostanie rozszarpana i rozdana sąsiadom”, przedstawiona jako historyczna prawidłowość. To nie jest komentarz publicystyczny, lecz forma symbolicznego ultimatum – próba normalizacji przemocy poprzez nadanie jej pozoru dziejowej konieczności.
W tej konstrukcji rozbiór Polski nie jest agresją, lecz „porządkiem dziejów”. Takie ramowanie ma dwa cele: zastraszyć odbiorców w Polsce i regionie oraz jednocześnie „wychować” rosyjską opinię publiczną do myśli, że presja terytorialna wobec sąsiada jest czymś uzasadnionym. Pseudohistoria staje się tu alibi: jeśli „tak mówi historia”, to odpowiedzialność moralna znika – zostaje tylko „konieczność”.
„Rosja ofiarą nazistowskiego Zachodu”: Polska jako prześladowca
Równolegle propaganda buduje obraz Rosji jako ofiary: „nazistowski Zachód” ma rzekomo prześladować współczesnych Rosjan, a Polska odgrywa w tym układzie rolę aktywnego wykonawcy. To mechanizm przeniesienia – Rosja przypisuje przeciwnikom własny repertuar agresji, by moralnie przykryć własne działania.
Taki zabieg jest szczególnie skuteczny w środowisku medialnym, które działa na emocjach. „Ofiara” ma zawsze silniejszą pozycję moralną niż „agresor”, nawet jeśli fakty mówią inaczej. Gdy propaganda wytworzy w widzu odczucie, że Rosja jest „atakowana”, łatwiej usprawiedliwić eskalację jako „samoobronę”.
„Elity sprzedajne, naród do wyzwolenia”: matryca destabilizacji
W programie pojawia się także klasyczne rozszczepienie: władze polskie jako „sprzedajne elity”, ale „naród” jako potencjalnie „dobry” i możliwy do ocalenia. Taki podział pełni funkcję operacyjną. Pozwala kierować nienawiść na instytucje państwa i jego liderów, a jednocześnie pozostawia furtkę do działań wpływu: „wyzwolić Polaków” spod „złych elit”, „oddać im prawdę”, „przywrócić właściwy kurs”.
To jedna z najbardziej niebezpiecznych narracji w kontekście działań hybrydowych. Rozdziela wspólnotę polityczną, podważa zaufanie do instytucji i tworzy warunki do polaryzacji. W skrajnej postaci może służyć jako uzasadnienie presji informacyjnej, prób ingerencji, a nawet – w retoryce imperialnej – „misji naprawczej” wobec sąsiada.
Wnioski
Przekaz wyemitowany w „Wieczorze z Władimirem Sołowjowem” należy traktować jako element propagandy eskalacyjnej, w której historia i pamięć o Holokauście zostały podporządkowane celom politycznym. Oskarżenia o relatywizację, etykieta „spadkobierców nazistów”, projekcja intencji wojennych na Warszawę, dehumanizacja oraz groźba „historycznie uzasadnionego” rozbioru – to nie są przypadkowe ekscesy retoryczne. To spójny zestaw narzędzi: ma odebrać Polsce moralną legitymację, zastraszyć, skłócić wspólnotę polityczną i zbudować wyobrażenie, że przemoc wobec Polski może być przedstawiona jako „kara” lub „konieczność”.
Właśnie dlatego takie materiały powinny być analizowane nie tylko jako propaganda, lecz jako sygnały ostrzegawcze w przestrzeni informacyjnej: mówią nie tyle o faktach, ile o kierunku, w jakim rosyjski aparat propagandowy próbuje przesuwać granice dopuszczalnego języka – i jaką „opowieść” chce przygotować na wypadek dalszej presji wobec Polski i regionu.











![Rosja od lat przedstawia się jako naturalny partner państw Globalnego Południa oraz rzecznik „wielobiegunowego ładu”, który ma stanowić alternatywę wobec dominacji Zachodu. W tej narracji Kreml pozycjonuje się także jako przeciwnik neokolonializmu. Analiza konkretnych przypadków, obejmujących Irak, Kubę oraz wybrane państwa afrykańskie, prowadzi jednak do odmiennych wniosków. W praktyce zamiast relacji partnerskich widoczny jest powtarzalny schemat instrumentalnego wykorzystywania zasobów tych państw. Mechanizm ten nie jest nowy. W wielu aspektach przypomina działania Związku Radzieckiego wobec krajów określanych wówczas jako Trzeci Świat. Zmieniła się retoryka oraz część narzędzi operacyjnych, natomiast podstawowa logika pozostaje podobna. Rosja deklaruje wsparcie dla suwerenności i niezależności państw Globalnego Południa, jednocześnie wykorzystując ich ograniczenia strukturalne dla realizacji własnych celów politycznych i militarnych. Irak jako model operacyjny Przypadek Iraku dostarcza jednego z najbardziej przejrzystych przykładów działania mechanizmu rekrutacyjnego. W lutym 2026 roku irackie służby bezpieczeństwa zatrzymały 17 osób podejrzanych o udział w siatce werbunkowej. Jak podaje portal The New Arab, młodzi Irakijczycy byli przyciągani ofertami pracy oraz studiów, które po przyjeździe do Rosji „przekształcały się w kontrakt na służbę wojskową”. Kluczowym elementem całego procesu był brak tłumaczenia dokumentów oraz presja wywierana na podpisywanie umów sporządzonych w języku obcym. Dostępne relacje wskazują, że nie był to incydent jednostkowy. Jak czytamy w dzienniku The National, „młodzież była wciągana poprzez pozornie legalne kanały, takie jak agencje pracy czy biura podróży, a następnie wiązana kontraktami w obcym języku”. Źródła te sugerują również, że skala zjawiska jest istotna. Według przywoływanych informacji „około 3 000 Irakijczyków trafiło do rosyjskiej armii”. Reakcja władz w Bagdadzie wskazuje, że proceder został potraktowany jako realne zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Podjęto decyzję o zamknięciu części programów stypendialnych oraz rozpoczęto działania dyplomatyczne. W analizie tego przypadku konieczne jest zachowanie precyzji. Mamy do czynienia z konkretnym mechanizmem funkcjonującym w Iraku, a nie z jednorodnym zjawiskiem obejmującym cały region, co bywa upraszczane w niektórych przekazach. Skalowanie mechanizmu: Kuba i Afryka Podobne schematy działania widoczne są także poza Irakiem, co wskazuje na ich powtarzalny, a nie incydentalny charakter. Na Kubie rekrutacja opiera się przede wszystkim na wykorzystaniu dysproporcji ekonomicznych. Jak wskazuje analiza Friedrich Naumann Foundation, oferowano wynagrodzenia „rzędu 2 000 USD miesięcznie przy średniej kubańskiej około 17 USD”, a także obietnice nieruchomości i uzyskania obywatelstwa. W tym samym opracowaniu szacuje się, że liczba osób zaangażowanych po stronie rosyjskiej może sięgać nawet kilkunastu tysięcy. Zjawisko to ma jednocześnie wyraźny wymiar komunikacyjny. Portal The New Voice of Ukraine podaje, powołując się na ustalenia ukraińskiego wywiadu, że działania te służą budowaniu przekazu, zgodnie z którym „Rosja nie jest agresorem, bo wspiera ją także ‘cywilizowany świat’”. W tym ujęciu osoby rekrutowane pełnią podwójną funkcję, ponieważ są wykorzystywane zarówno operacyjnie, jak i propagandowo. W państwach afrykańskich proces ten ma bardziej rozproszony charakter, jednak jego logika pozostaje zbliżona. Jak relacjonuje Al Jazeera, według strony ukraińskiej „ponad 1 780 obywateli afrykańskich walczy obecnie w rosyjskiej armii”, a sam mechanizm obejmuje dziesiątki państw. Jednocześnie źródła cytowane przez tę redakcję wskazują, że wielu rekrutów było „wciąganych na czarnym rynku pracy […] bez przeszkolenia”, często pod pretekstem ofert zatrudnienia. Relacje uczestników tych procesów potwierdzają, że sytuacja po przyjeździe do Rosji miała w wielu przypadkach charakter przymusowy. W materiale agencji Reuters czytamy, że część z nich została skierowana „bezpośrednio do kopania okopów i działań na froncie”, często bez odpowiedniego przygotowania oraz zaplecza logistycznego. Mechanizm działania: struktura i funkcje Analiza porównawcza pozwala uchwycić spójny schemat operacyjny, który powtarza się w różnych kontekstach geograficznych. Pierwszym etapem jest impuls ekonomiczny. Jak podaje dziennik The National, potencjalnym rekrutom oferuje się „jednorazowe premie sięgające 20 000 USD oraz miesięczne wynagrodzenie około 3 000 USD”. W realiach wielu państw Globalnego Południa oznacza to dochód wielokrotnie przewyższający lokalne standardy, co znacząco zwiększa podatność na ofertę. Drugim etapem jest moment przejęcia kontroli. Po przyjeździe do Rosji rekruci trafiają w sytuację asymetrii informacyjnej i prawnej. Podpisują dokumenty, których często nie rozumieją, a ich możliwość wycofania się zostaje ograniczona. Agencja Reuters relacjonuje, że część z nich trafia „bezpośrednio na front, nierzadko do najbardziej niebezpiecznych zadań”, co wskazuje na instrumentalne traktowanie tych osób jako zasobu wysokiego ryzyka. Trzecim elementem jest warstwa informacyjna. Obecność cudzoziemców jest eksponowana w przekazie medialnym jako dowód międzynarodowego poparcia. Jak wskazuje portal The New Voice of Ukraine, ich udział służy budowaniu narracji o globalnej legitymizacji działań Rosji, co ma znaczenie zarówno wobec odbiorców wewnętrznych, jak i zagranicznych. Uzupełnieniem tego modelu są lokalne sieci współpracy. Z ustaleń agencji Reuters wynika, że w niektórych przypadkach proces rekrutacji wspierany jest przez lokalnych aktorów politycznych oraz biznesowych. Zwiększa to wiarygodność ofert i ułatwia dotarcie do potencjalnych kandydatów, jednocześnie utrudniając przeciwdziałanie temu zjawisku na poziomie państwowym. Bandung i reinterpretacja „trzeciej drogi” Konferencja w Bandungu w 1955 roku stanowiła próbę zdefiniowania realnej autonomii państw postkolonialnych wobec rywalizujących bloków. Jej uczestnicy odrzucali podporządkowanie zarówno Zachodowi, jak i Związkowi Radzieckiemu. Jak przypomina analiza publikowana przez Explaining History, deklarowano sprzeciw wobec „kolonializmu we wszystkich jego postaciach”, obejmującego każdą formę dominacji zewnętrznej, niezależnie od jej ideologicznego uzasadnienia. Współczesna Rosja świadomie odwołuje się do tej tradycji. W swojej komunikacji podkreśla znaczenie wielobiegunowości oraz wspólnoty państw Globalnego Południa, które mają rzekomo odzyskiwać podmiotowość w systemie międzynarodowym. Problem polega na tym, że obserwowane działania stoją w sprzeczności z tym przekazem. Mechanizmy rekrutacyjne prowadzą do sytuacji, w której obywatele tych państw są wciągani w konflikt po stronie rosyjskiej. W praktyce oznacza to odejście od idei niezaangażowania i faktyczne podporządkowanie się jednemu z aktorów. W tym ujęciu widoczna jest wyraźna ciągłość historyczna. Związek Radziecki również deklarował wsparcie dla państw niezaangażowanych, jednocześnie konsekwentnie rozszerzając własną strefę wpływów. Dzisiejsza Rosja operuje mniej ideologicznym językiem, częściej wykorzystuje narzędzia ekonomiczne, sieci pośredników oraz mechanizmy rynkowe, jednak cel pozostaje zbliżony. Chodzi o wciąganie państw i ich społeczeństw w orbitę własnych interesów, przy jednoczesnym utrzymaniu narracji o partnerstwie i wspólnej walce z dominacją Zachodu. Między narracją a praktyką Zestawienie przypadków Iraku, Kuby oraz państw afrykańskich prowadzi do jednego zasadniczego wniosku, choć nie wynika on z deklaracji, lecz z obserwacji konkretnych działań. W różnych kontekstach geograficznych powtarza się ten sam schemat, w którym czynniki ekonomiczne, presja sytuacyjna oraz manipulacja informacyjna tworzą spójny mechanizm pozyskiwania ludzi do działań militarnych. Na poziomie oficjalnym Rosja konsekwentnie odwołuje się do idei współpracy i wspólnoty interesów z państwami Globalnego Południa. W praktyce prowadzi to jednak do ograniczania ich realnej autonomii. Koncepcja „trzeciej drogi”, która miała oznaczać niezależność od wielkich bloków, przestaje funkcjonować jako projekt polityczny, a zaczyna pełnić rolę narzędzia uzasadniającego konkretne działania. Z perspektywy analitycznej kluczowe znaczenie ma rozróżnienie między warstwą deklaratywną a operacyjną. To nie język oficjalnych wystąpień, lecz przebieg procesów rekrutacyjnych, przepływ ludzi oraz sposób ich wykorzystania pozwalają uchwycić rzeczywisty charakter relacji. W tym wymiarze Globalne Południe nie występuje jako równorzędny partner, lecz jako zasób, który można mobilizować w zależności od potrzeb strategicznych.](https://disinfodigest.pl/wp-content/uploads/2026/04/Zasobyludzkie.png)



