
W rosyjskim ekosystemie propagandowym oskarżenie o „nazizm” od dawna pełni rolę pojęcia strategicznego, a nie historycznego. To nie jest neutralna kategoria opisu przeszłości, lecz instrument delegitymizowania państw i społeczeństw, które Kreml uznaje za wrogie: Ukrainy, państw bałtyckich, a szerzej – Zachodu jako projektu politycznego. Tekst Aleksandra Samsonowa „O odrodzeniu nazizmu w krajach bałtyckich” jest tego modelowym przykładem. Nie przedstawia on analizy historycznej – jest konstrukcją perswazyjną, w której hasło „antyfaszyzmu” staje się moralnym wytrychem: ma zamknąć debatę, wytworzyć poczucie zagrożenia, a następnie uzasadnić presję polityczną, gospodarczą i informacyjną – aż po postulaty rewizjonistyczne.
Warto zauważyć, że tekst nie ogranicza się do oskarżeń. Jego finał przybiera postać programu działań: od „aktywnej wojny informacyjnej” po wprost sformułowane żądania: wycofania uznania niepodległości Litwy, Łotwy i Estonii oraz budowania „piątej kolumny” i kadr „przyszłych przywódców” regionu. To klucz do zrozumienia intencji: narracja o „odrodzeniu nazizmu” nie jest celem, tylko narzędziem. Służy temu, by w oczach odbiorcy przemoc polityczna – rozumiana jako destabilizacja, presja, a nawet roszczenia terytorialne – wyglądała jak „obrona” i „konieczność dziejowa”.
Antyfaszyzm jako rama, która ma uświęcić eskalację
Pierwszy mechanizm propagandowy w tym materiale polega na sakralizacji oskarżenia. Słowa „nazizm” i „faszyzm” uruchamiają w rosyjskiej kulturze politycznej szczególny kod: pamięć Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, zwycięstwa nad III Rzeszą i mit państwa-„wyzwoliciela”. W takiej ramie przeciwnik nie jest po prostu adwersarzem, z którym się spiera – jest moralnym absolutem zła. A skoro tak, to środki walki przestają być przedmiotem dyskusji: w tekście padają wezwania do „najsroższej odpowiedzi”, a całość domyka cytat ze Stalina w logice „albo my, albo zostaniemy zmiażdżeni”.
W praktyce oznacza to próbę wytworzenia sytuacji, w której odbiorca ma zaakceptować tezę: „skoro to nazizm, nie ma ceny zbyt wysokiej”. To klasyczny zabieg mobilizacyjny: podnieść stawkę sporu do poziomu egzystencjalnego, a następnie wprowadzić rozwiązania nadzwyczajne jako rzekomo jedyne możliwe.
Najpierw Zachód: „liberalny hiperfaszyzm” i opowieść o cywilizacyjnym upadku
Nieprzypadkowo propaganda zaczyna od rozbudowanej części o Europie Zachodniej, zanim przechodzi do państw bałtyckich. Autor buduje bowiem szeroką scenę: Zachód ma zostać przedstawiony jako przestrzeń totalitaryzmu w przebraniu liberalizmu, w której „neoliberalizm” i „faszyzm” tłumią „normalny patriotyzm”. Do tego dochodzą wątki spiskowe: „globaliści”, „dyktat biurokracji” i rzekome sterowanie społeczeństwami w interesie „wąskich grup”.
Ta część jest typową mieszanką trzech motywów propagandowych.
Po pierwsze: inflacja pojęcia faszyzmu. Autor nie używa go w znaczeniu historycznym. „Faszyzm” staje się etykietą na wszystko, czego Kreml nie akceptuje: politykę bezpieczeństwa, normy języka publicznego, instytucje UE czy procesy wsparcia wysiłku obronnego Ukrainy. Ten zabieg ma podwójny skutek. Z jednej strony rozmywa definicję tak, by można było nią uderzyć w dowolnego przeciwnika. Z drugiej – buduje emocję: jeśli „faszyzm” jest wszędzie, to świat jest w stanie wojny moralnej.
Po drugie: panika demograficzna. Opis migracji i islamu w Hiszpanii nie jest tu faktograficznym sporem o liczby, tylko narzędziem do wytworzenia obrazu „kolonizacji” i „wymiany ludności”. Pojawiają się sformułowania o „końcu tradycyjnej cywilizacji europejskiej”, „kolonii świata afrykańskiego i muzułmańskiego” oraz sugestie, że władze europejskie „wspierają” proces „wymierania” rdzennej ludności. To retoryka, która ma wzbudzić lęk i niechęć, a następnie skierować gniew na instytucje Zachodu.
Po trzecie: dehumanizacja i pogarda. W tekście pojawiają się obraźliwe kategorie opisujące grupy społeczne, które mają symbolizować „degenerację”. Taki język ma znaczenie nie tylko obyczajowe. To narzędzie polityczne: jeśli przeciwnik zostaje przedstawiony jako „zdegenerowany”, łatwiej usprawiedliwić wobec niego przemoc – choćby informacyjną i symboliczną.
Zbudowanie Zachodu jako „hiperfaszyzmu” jest więc wstępem do kolejnej operacji: przerzucenia tego piętna na państwa bałtyckie. Skoro Zachód jest „zły”, to jego sojusznicy i beneficjenci – w tej narracji – nie mogą być „normalni” ani suwerenni. Muszą być elementem tego samego „reżimu”.
Bałtyk w roli „nazistowskiej strefy granicznej”: delegitymizacja suwerenności
Kiedy autor przechodzi do Litwy, Łotwy i Estonii, stosuje ramę, którą rosyjska propaganda powtarza od lat: Bałtyk jako przestrzeń rusofobii, nacjonalizmu i „rewizji historii”, wspieranej przez Brukselę. Pojawia się zarzut „podwójnych standardów” Zachodu: rzekomo Bruksela „przymyka oko” na „nacjonalistyczną politykę” w regionie i wręcz ją wspiera, bo służy to polityce antyrosyjskiej.
To ważne: autor nie przedstawia państw bałtyckich jako suwerennych wspólnot politycznych mających własne doświadczenia i decyzje. Przedstawia je jako projekty sterowane z zewnątrz, „utworzone na rozkaz biurokratów”. Taka konstrukcja ma funkcję praktyczną: jeśli państwo jest tylko „narzędziem”, to jego suwerenność można traktować jak pozór, który w pewnym momencie da się unieważnić. I dokładnie do tego prowadzi końcowy program tekstu.
W tej części pojawia się też wątek „derusyfikacji” i „desowietyzacji”. Autor opisuje go jako systemową segregację „obywateli drugiej i trzeciej kategorii” oraz presję na eliminację rosyjskiego języka i edukacji. Na poziomie propagandowym to klasyczna strategia: zbudować obraz mniejszości rosyjskojęzycznej jako grupy rzekomo krzywdzonej i pozbawionej praw, a następnie uczynić z Rosji „obrońcę”. W tej logice Rosja nie ingeruje – Rosja „ratuje”. Nie wywiera presji – „przywraca sprawiedliwość”.
Historia jako broń: od realnych faktów do zbiorowej stygmatyzacji
Najbardziej wrażliwy fragment dotyczy II wojny światowej: lokalnych formacji oraz obecności jednostek SS. Tematy te są poważne i rzeczywiste – w różnych krajach Europy. Problem polega na tym, jak propaganda nimi operuje.
Po pierwsze, propaganda stosuje uogólnienie zbiorowe: pojedyncze zjawiska i formacje historyczne stają się podstawą do oskarżenia całych narodów i współczesnych państw. Następuje przeskok logiczny: dzisiejsze państwo jest „nazistowskie”, a społeczeństwo „wychowywane w nienawiści” do Rosji. Taki zabieg nie służy stygmatyzacji.
Po drugie, autor uruchamia mechanizm odwrócenia ról. Armia Czerwona jest przedstawiona jako jednoznaczny podmiot „wolności i życia”, a każdy spór o zbrodnicze dziedzictwo ZSRR – jako dowód „nazizmu”. Tymczasem pamięć historyczna w państwach, które doświadczyły przymusowej inkorporacji, represji i ograniczenia suwerenności, zbrodni wojennych czerwonoarmistów jest z natury wielowątkowa. Propaganda redukuje tę złożoność do jednej osi: „albo ZSRR jako wyzwoliciel, albo nazizm”.
Po trzecie, wątek pomników służy jako narzędzie moralnego szantażu. Demontaż symboli radzieckich jest przedstawiany jako „zniszczenie dziedzictwa” i niemal automatycznie jako „gloryfikacja nazizmu”. To kolejny przykład manipulacji definicją: symbolika sowiecka zostaje zrównana z pamięcią o ofiarach nazizmu, a odmowa czczenia ZSRR – z czczeniem Hitlera. Taki skrót myślowy ma jedno zadanie: przypisać przeciwnikowi piętno, które dyskwalifikuje go moralnie.
Emocje zamiast argumentów: wstręt, lęk, gniew i nostalgia
Propaganda jest zaprojektowana tak, by odbiorca miał przeżyć sekwencję emocji.
Najpierw pojawia się wstręt i oburzenie: Zachód jako przestrzeń „degeneracji”, „dewiacji” i przemocy symbolicznej wobec „normalności”. Ten wstęp wytwarza nastawienie: czytelnik ma poczuć, że Zachód jest nie tylko błędny, ale moralnie odpychający.
Następnie uruchamia się lęk: migracja jako „koniec cywilizacji”, NATO jako agresywny „taran”, a Bałtyk jako przyczółek wrogiej infrastruktury. Lęk ma skrócić dystans krytyczny – w atmosferze zagrożenia łatwiej akceptuje się rozwiązania radykalne.
Potem dochodzi gniew i poczucie krzywdy: obraz rosyjskojęzycznych jako upokorzonych, „weteranów” jako prześladowanych, a Rosji jako kraju, który „zbyt długo ignorował problem”. Ten motyw buduje wewnętrzną mobilizację: skoro wcześniej byliśmy naiwni, teraz musimy działać. Wreszcie pojawia się nostalgia: ZSRR jako budowniczy przemysłu, infrastruktury i dobrobytu. Nostalgia spełnia funkcję polityczną: ma uczynić dominację imperialną atrakcyjną i „racjonalną” – nie jako przemoc, lecz jako modernizacja.
To układ, który przygotowuje odbiorcę na najważniejszą część: listę „co robić”.
„Co robić” – czyli tekst jako instrukcja operacji presji i destabilizacji
Kulminacja materiału ma formę programu. I to właśnie ta część jest najbardziej obciążająca, bo odsłania, że nie chodzi o debatę historyczną, tylko o działania.
Pierwszy postulat brzmi jak zapowiedź ofensywy: „aktywna wojna informacyjna, ideologiczna, psychologiczna i historyczna”. Propaganda wprost opisuje „prawdę historyczną” jako broń. Nie chodzi o badania i edukację, tylko o produkcję treści – dokumentów, filmów fabularnych – ukierunkowanych na budowę pożądanego obrazu: Bałtowie jako odwieczni poddani, region jako beneficjent rządów carów i sekretarzy generalnych, a niepodległość jako bieda i upadek. To klasyczna operacja manipulacyjna: odebrać regionowi prawo do suwerenności i własnej pamięci historycznej.
Drugi postulat – „blokada gospodarcza” – jest formą kary i nacisku: państwa bałtyckie „nie mogą prosperować kosztem Rosji”. W praktyce to język ekonomicznej przemocy, ubrany w retorykę sprawiedliwości.
Trzeci postulat dotyczy „wsparcia informacyjnego i materialnego” dla rosyjskojęzycznych, którzy chcą przenieść się do Rosji. Na pierwszy rzut oka brzmi humanitarnie. W rzeczywistości w podobnych ramach propagandowych jest to instrument polityczny: budowa lojalności, zależności i kanałów wpływu.
Czwarty postulat przekracza granicę retoryki: „wycofać uznanie niepodległości” Litwy, Łotwy i Estonii oraz „złożyć historyczne roszczenia do tych ziem”. To jawny rewizjonizm. Państwowość trzech krajów jest tu przedstawiana jako coś, co można unieważnić aktem woli. Wpisanie do tego „historycznego prawa” i analogii do „Małej Rusi” pokazuje spójność z szerszym repertuarem rosyjskiej narracji imperialnej: terytoria są „nasze”, bo kiedyś były w strefie wpływu.
Piąty postulat jest najbardziej jednoznaczny: „utworzyć własną piątą kolumnę” i „przygotować kadrę przyszłych przywódców”. To wezwanie do tworzenia struktur wpływu wewnątrz obcych państw: podział na „bogatych i biednych”, na „potomków Rosjan i żołnierzy Armii Czerwonej” kontra „nazistów i ciemiężców”. Mechanizm jest prosty: rozbić społeczeństwo, wskazać „prawdziwych” i „fałszywych” obywateli, a następnie przedstawić Rosję jako patrona „prawdziwych”. Tak domyka się sens całego tekstu. Oskarżenie o nazizm ma działać jak przepustka: skoro przeciwnik jest „nazistą”, to można wobec niego zastosować blokadę, destabilizację, podważenie suwerenności i budowę „piątej kolumny” – a wszystko pod hasłem „antyfaszyzmu”.
Deformacja pojęć: jak propaganda zmienia znaczenia
Warto podkreślić jeszcze jeden element: tekst konsekwentnie podmienia słownik, którym opisuje rzeczywistość.
„Patriotyzm” i „zdrowy nacjonalizm” są przedstawione jako stłumione przez Zachód, a jednocześnie nacjonalizmy w regionie bałtyckim są nazywane „nazizmem”. To sprzeczność pozorna, ale logiczna w propagandzie: patriotyzm jest dobry, jeśli jest antyzachodni i prorosyjski; staje się „nazizmem”, jeśli jest antyimperialny i buduje suwerenność obok Rosji.
„Prawda historyczna” staje się „bronią”, czyli przestaje być kategorią poznawczą, a staje się narzędziem walki. „Ochrona mniejszości” staje się uzasadnieniem wpływu. „Walka z faszyzmem” staje się uzasadnieniem rewizjonizmu terytorialnego. To nie przypadek. W tej logice propaganda nie tylko opisuje świat – ona go przeformułowuje, by odbiorca mógł zaakceptować rozwiązania, które w normalnych warunkach brzmiałyby jak groźba.
Wnioski
Tekst Samsonowa jest konstrukcją polityczną, w której historia i moralność zostały podporządkowane celom presji. Jego struktura jest czytelna: najpierw demonizacja Zachodu jako „hiperfaszyzmu”, potem stygmatyzacja państw bałtyckich jako „nazistowskich reżimów”, a na końcu program: wojna informacyjna, blokada gospodarcza, wspieranie „swoich”, rewizja uznania państwowości, tworzenie „piątej kolumny”.
W tym sensie hasło „antynazizmu” działa tu jak zasłona dymna. Nie prowadzi do rozliczenia przeszłości ani do ochrony ofiar. Prowadzi do unieważnienia prawa sąsiadów do własnej pamięci, polityki bezpieczeństwa, własnej suwerenności i własnych sojuszy. A kiedy w tekście pojawia się argument o „uderzeniu na Kaliningrad”, „Psków” i „Piotrogród”, jest to domknięcie klasyczne dla propagandy: przerzucić odpowiedzialność na drugą stronę i przedstawić eskalację jako samoobronę.
Najbardziej charakterystyczne jest jednak to, że materiał nie ukrywa intencji. Tam, gdzie propaganda często pozostawia niedopowiedzenia, tu pojawia się otwarta instrukcja: zbudować „piątą kolumnę”, przygotować „kadrę przywódców”, cofnąć uznanie niepodległości. To pokazuje, że oskarżenia o „nazizm” mają funkcję narzędziową: pozwalają wytworzyć atmosferę moralnego przymusu, w której działania wrogie wobec innych państw da się sprzedać jako „historyczną konieczność”.
Jeżeli więc traktować ten tekst jako materiał analityczny – to najwięcej mówi o sposobie, w jaki rosyjska propaganda potrafi zamienić pamięć o wojnie w instrument geopolityki, a język „walki z faszyzmem” w uzasadnienie dla presji, destabilizacji i agresywnej polityki. W tym tkwi jego rzeczywiste znaczenie – i to jest powód, dla którego podobne materiały należy rozumieć jako element świadomie projektowanego oddziaływania informacyjnego.
Autor: Tadeusz Kania – Disinfo Digest











