
Analiza narracji destabilizujących w polskiej kampanii prezydenckiej 2025
Współczesne operacje dezinformacyjne rzadko zmierzają do bezpośredniego poparcia konkretnego kandydata. Ich celem nie jest zwycięstwo jednej strony, lecz osłabienie całego procesu demokratycznego – poprzez polaryzację, wzbudzenie lęku i systematyczne zniechęcanie obywateli do udziału w wyborach. Analiza rosyjskich narracji dotyczących kampanii prezydenckiej w Polsce ukazuje precyzyjnie skonstruowany mechanizm informacyjny, którego działanie opiera się nie na propagowaniu pozytywnego programu, lecz na celowej dyskredytacji i przeciwstawieniu dwóch kandydatów głównego nurtu – Karola Nawrockiego i Rafała Trzaskowskiego.
Zabiegi te mają charakter symetryczny, choć ich intensywność i dynamika nie są równe. Przed drugą turą kampanii obserwujemy stopniowy wzrost liczby materiałów manipulacyjnych wymierzonych w Karola Nawrockiego, przy jednoczesnym utrzymaniu negatywnych narracji dotyczących Rafała Trzaskowskiego. Przekazy te różnią się retoryką, lecz łączy je wspólny mianownik: budowanie obrazu Polski jako państwa niesuwerennego, rzekomo sterowanego przez obce ośrodki – niezależnie od tego, który z kandydatów wygra wybory.
Jednocześnie widoczne jest systematyczne wyłączanie z krytyki kandydatów prezentujących otwarcie prorosyjskie poglądy. Ich narracje – choć marginalne z punktu widzenia głównego nurtu debaty publicznej – są wykorzystywane instrumentalnie: służą jako alternatywna rama interpretacyjna, przedstawiana przez rosyjskie źródła jako „rozsądna” i „pokojowa” odpowiedź na rzekomo zgubną politykę Zachodu.
W efekcie odbiorca pozostaje uwięziony w fałszywej dychotomii. Ma wybierać nie pomiędzy różnymi wizjami rozwoju państwa, lecz między „wojną” a „zdradą”, między „marionetkami Zachodu” a „rzecznikiem pokoju”. Takie ramy debaty nie tylko wypaczają sens wyborów, ale też prowadzą do głębokiego zniechęcenia, rezygnacji i apatii obywatelskiej – a więc dokładnie tego, co jest strategicznym celem aktora zewnętrznego, prowadzącego operację wpływu.
Przegląd rosyjskiej propagandy dotyczącej wyborów prezydenckich w Polsce ujawnia szeroki wachlarz motywów, które Kreml kieruje do polskich odbiorców – od narracji o „wojnie do ostatniego Polaka”, przez ostrzeżenia przed rzekomym „ryzykiem wybuchu wojny”, aż po wizje „bankructwa Zachodu”. Tego typu przekazy są przeplatane starannie prowadzonymi działaniami dyskredytującymi dwóch wiodących kandydatów na urząd Prezydenta RP. Ich zasadniczym celem jest pogłębianie polaryzacji i destabilizacja społeczna.
Łącząc lęk przed wojną z emocjami towarzyszącymi kampanii wyborczej, Kreml próbuje przekonać odbiorców propagandy, że karta wyborcza może stać się narzędziem obrony przed „wciąganiem Polski do wojny zastępczej”. W ten sposób rosyjska dezinformacja wpisuje wybory w ramę sporu o definicję konfliktu: czy to jeszcze obrona Ukrainy, czy już polityczny „kaprys NATO”? Narracja ta przedstawia Warszawę jako państwo stojące przed iluzorycznym wyborem – między podporządkowaniem się Zachodowi a przyjęciem roli „oazy realizmu”.
Obce fronty, krajowe urny – rosyjskie „media” wplatają wątek wojny w Ukrainie w kampanię prezydencką
W rosyjskojęzycznych serwisach wyborczy pojedynek Trzaskowski–Nawrocki nie jest przedstawiany jako spór o programy, lecz jako konkurencja o to, kto okaże się „bardziej posłusznym wykonawcą wojny zastępczej”. Już z nagłówków propagandowych materiałów odbiorca dowiaduje się, że „nowego prezydenta Polski wyznaczy Zachód, a sędzią będzie Ukraina”.
W jednym z komentarzy czytamy:
„Trzaskowski opowiada się za wzmocnieniem «euro-solidarności», Nawrocki gra na emocjach przeciwników wojny, lecz obaj kandydaci służą zachodnim elitom – pytanie brzmi tylko, który z nich szybciej poprowadzi Polaków na front.”
Tego rodzaju ujęcie zdejmuje z wyborców odpowiedzialność za decyzje wewnętrzne. Głosowanie jawi się jako wybór nie między programami, lecz między wojną a pokojem – narzuconym rzekomo przez agresywne mocarstwa Zachodu.
W prorosyjskich kanałach informacyjnych to Wielka Brytania i Francja – a nie, jak wcześniej, Waszyngton – są wskazywane jako główne siły kierujące wojną na Ukrainie. Propagandowe przekazy regularnie odwołują się do relacji z marcowego „paryskiego szczytu koalicji chętnych”, podczas którego Emmanuel Macron i Keir Starmer mieli – według narracji rosyjskiej – przekonywać sojuszników do utworzenia „koalicji gotowych”, które miałyby „zastąpić amerykański parasol ochronny”. W tym samym tonie podkreśla się, że „Londyn i Paryż podżegają Europę do eskalacji”, budując rzekomą koalicję gotową wysłać ekspedycyjny korpus wojskowy.
Polska w roli „pierwszego wasala”
W propagandowej narracji Kremla Warszawa przedstawiana jest jako kraj, który ma jedynie „zgłosić akces” i ponieść główny koszt przyszłej konfrontacji zbrojnej. Typowy dla tego przekazu jest slogan: „Europa gotowa walczyć z Rosją do ostatniego Polaka”. W podobnym tonie utrzymane są artykuły publikowane w prorosyjskich portalach, m.in. „Pravda”, gdzie ostrzegano, że Zachód – „po wyczerpaniu ukraińskich zasobów” – „rzuci do okopów Polaków”.
Retoryka „bankructwa Zachodu”
Każda próba wzmocnienia europejskiej polityki bezpieczeństwa jest w tym przekazie opatrzona alarmującymi nagłówkami, głoszącymi zbliżający się „upadek finansowy Europy” lub „ostatnią szansę, by nie zginąć za Kijów”. Tego rodzaju retoryka służy budowaniu atmosfery fatalizmu: wyborcy mają uwierzyć, że jeśli kandydaci na urząd Prezydenta RP nie wycofają wsparcia dla Ukrainy, pociągną Polskę na dno – „moralne i gospodarcze”, a nawet militarne.
W takim kontekście przywoływane są sylwetki obu kandydatów, a ich działania wpisywane są w szerszy schemat zagrożeń, w których każdy wybór jawi się jako ryzykowny.
„Deklaracja antyukraińska” kontra „liberał-globalista”
Rosyjskie źródła propagandowe zestawiają kandydatów w sposób zgodny z wcześniej ustalonym scenariuszem, nadając im role dopasowane do celów narracyjnych. Gdy Karol Nawrocki publicznie podpisał osiem punktów programowych Sławomira Mentzena – obejmujących m.in. zakaz wysyłania polskich żołnierzy na Ukrainę i sprzeciw wobec akcesji tego kraju do NATO – został w prorosyjskich mediach natychmiast ogłoszony „kandydatem pokoju”.
Równocześnie te same kanały propagandowe eksponowały doniesienia o kampanii „profrekwencyjnej”, podkreślając w ten sposób „niejasny” wizerunek Nawrockiego. Z drugiej strony Rafał Trzaskowski był konsekwentnie etykietowany jako „liberał-globalista”, powiązany z „ludźmi Sorosa” i amerykańskim „deep state”.
W relacjach z wizyty Baracka Obamy w Poznaniu pojawił się komentarz: „Przyjazd Obamy przypomina Polakom, że Trzaskowski to kandydat salonów brukselskich, gotów przedkładać interesy Zachodu nad interes narodu”.
Kontrast ten – „antyukraiński realista” kontra „zachodni wasal” – pozwala kremlowskim przekazom przekształcić wybory prezydenckie w spór o rzekomy los polskich żołnierzy wysyłanych na wojnę. Jaką wojnę? Taką, którą – według narracji rosyjskiej – miałby sprowokować Zachód.
Zastrzyk strachu: „do ostatniego Polaka”
W artykułach z cyklu „Polska poligonem NATO” rosyjska propaganda konsekwentnie powiela tezę, że Warszawa ma zastąpić Kijów, gdy „ukraińskie zasoby krwi się wyczerpią”. W jednym z materiałów przywoływany jest cytat z marcowego wystąpienia premiera Donalda Tuska, wyrwany z kontekstu i opatrzony komentarzem, że rząd „napędza mobilizację do półmilionowej armii”, co – według narracji – ma „przestraszyć każdego dorosłego mężczyznę perspektywą okopów”.
Równocześnie państwowa agencja RIA-Nowosti straszy, że „NATO szykuje Polskę na następną ofiarę wojny zastępczej”. W kolejnych publikacjach manewry Sojuszu na terytorium Polski przedstawiane są jako przygotowanie „mięsa armatniego”.
Mechanizm dezinformacyjny oparty jest na personalizacji lęku: wyborca ma odnieść wrażenie, że oddając głos, decyduje o własnym wcieleniu do armii. Drugim filarem tej narracji jest demonizacja kandydatów. Rafał Trzaskowski występuje w niej jako „człowiek liberalnych jastrzębi Waszyngtonu”, który – rzekomo – ryzykuje wciągnięcie Polski do wojny. Karol Nawrocki z kolei przedstawiany jest jako postać prowokująca wojnę ideologiczną „rusofobią”, choć jednocześnie – w innej wersji przekazu – jako „ostatnia bariera przed wysłaniem Polaków na Donbas”.
Obaj kandydaci, choć w odmienny sposób, są ukazywani jako „narzędzia destabilizacji”. W domyśle: każdy wybór niesie zagrożenie.
Dlaczego rosyjska propaganda przyjmuje właśnie ramy wojny jako fundament wpływu na postrzeganie wyborów prezydenckich w Polsce?
Po niemal trzech latach rosyjskiej inwazji na Ukrainę zmęczenie tematem wojny staje się odczuwalne. Równocześnie narastają napięcia wokół migracji, kosztów życia i polityki międzynarodowej. Kremlowska propaganda nie musi więc kreować nowych lęków – wystarczy, że wzmacnia te już istniejące, wpisując je w kampanię wyborczą i przedstawiając głosowanie jako wybór między „wojną a pokojem”.
Efektem tej strategii informacyjnej jest toksyczna mieszanka przekazów, która celowo podsyca emocje i spolaryzowane postawy. Przekaz kierowany do elektoratu Sławomira Mentzena i Grzegorza Brauna sugeruje, że wyłącznie głos oddany na Karola Nawrockiego zagwarantuje „brak polskich trupów”. Jednocześnie sympatykom Koalicji Obywatelskiej wmawia się, że każdy odstęp od ich preferencji wyborczych oznacza triumf Kremla.
Wraz ze zbliżającym się terminem głosowania – 1 czerwca – tego typu narracje stają się coraz bardziej intensywne.
Najsilniejszym instrumentem propagandowym pozostaje budowanie fałszywego kontrastu: „liberalny globalista” kontra „antyukraiński realista” – bez względu na rzeczywiste programy, wypowiedzi czy deklaracje kandydatów. To uproszczenie eliminuje debatę merytoryczną i wzmacnia emocjonalny wydźwięk przekazu.
Antyukraińskie i antynatowskie „haczyki” – jak dezinformacja Kremla gra na lękach Polaków
Jednym z głównych mechanizmów dezinformacyjnych Kremla pozostaje metanarracja uderzająca w pomoc dla Kijowa oraz ukraińskie aspiracje do członkostwa w NATO. Jej schemat jest powtarzalny: cytat z wypowiedzi któregoś z kandydatów – wyrwany z kontekstu lub zmanipulowany – zostaje wyeksponowany w dramatycznym otoczeniu retorycznym, sugerującym „przelewanie polskiej krwi za cudze interesy”. W ten sposób temat wojny zostaje wpleciony w krajową kampanię wyborczą i dyskusję o polityce bezpieczeństwa.
Znacząca część tych operacji informacyjnych opiera się na wykorzystaniu infrastruktury powiązanej z operacją „Doppelgänger” – siecią stron podszywających się pod znane portale informacyjne. Za ich pośrednictwem promowane są wybrane cytaty z kandydatów lub publikowane są całkowicie sfabrykowane wypowiedzi, które mają stwarzać pozory autentyczności.
Rosyjska propaganda nie ogranicza się jedynie do straszenia wojną. W wielu artykułach pojawia się sugestia, że wspieranie wysiłku obronnego Ukrainy oznacza rzekomą „sprzedaż polskiej suwerenności”. W ten sposób budowana jest kolejna fałszywa dychotomia:
– Jeśli polityk X opowiada się za dalszą pomocą dla Ukrainy, prorosyjskie konta w mediach społecznościowych ogłaszają:
„Liberalne elity chcą oddać polskie interesy w ręce NATO, by przypodobać się Brukseli.”
– Gdy polityk Y prezentuje „chłodny realizm wobec Ukrainy”, pojawia się kontrnarracja:
„Słup Kremla, gotowy wstrzymać pomoc w zamian za rosyjski gaz.”
W efekcie rzeczywista debata o przyszłości polskiej polityki bezpieczeństwa zostaje zredukowana do emocjonalnego plebiscytu: między zdradą a wojennym fanatyzmem. Obaj kandydaci, niezależnie od stanowisk programowych, zostają wciągnięci w narrację o rzekomych „marionetkach agresywnego Zachodu”.
Rosyjskie „antyukraińskie haczyki” uderzają w samo centrum polskiej debaty publicznej: budżet, wojsko, miejsce Polski w Europie. W miarę zbliżania się daty głosowania, na kontach powiązanych z rosyjską propagandą coraz częściej pojawia się pytanie: „Kto sprzeda polską suwerenność?” – z sugestią, że odpowiedź padnie przy urnie wyborczej.
„Bunt młodych” kontra „panika elit”
Wzrost widoczności niektórych postaw krytycznych wobec polityki wschodniej został przez kremlowskie media przedstawiony jako dowód na zmianę nastrojów społecznych – i wykorzystany jako paliwo dla nowej narracji. W oczach rosyjskich propagandystów to dowód na to, że młode pokolenie Polaków zrzuca rzekomą „rusofobiczną maskę”, podczas gdy – jak twierdzą – „zgniły mainstream” wpada w histerię. Tak kreowana jest wygodna opowieść o „buncie młodych” i „panice elit”, która zaciera fakty i przesłania rzeczywisty charakter rosyjskiej polityki agresji.
Dla legitymizacji tej opowieści rosyjskie kanały wpływu chętnie sięgają po sondaże. Już w noc wyborczą niektóre prorosyjskie portale sugerowały, że Polacy „wolni od rusofobii” zdobyli więcej głosów w grupie wiekowej 18–29 lat „niż obaj kandydaci establishmentu łącznie”. W komentarzach pojawiły się hasła:
„Młodzi Polacy mają dość rusofobii”, „Pokolenie TikToka buntuje się przeciw wojnie zastępczej”.
W rzeczywistości nie chodzi o twarde dane, lecz o stworzenie symbolu. W tej propagandowej narracji „młodzi” = „prorosyjscy realiści”. To uproszczenie ignoruje rzeczywiste motywacje wyborców, a jednocześnie pozwala podtrzymać retorykę, w której każda próba racjonalnej debaty o bezpieczeństwie czy polityce zagranicznej zostaje zastąpiona emocjonalną symboliką pokoleniowego przełomu.
Budowanie kontrastu: „rozsądek ludu” kontra „histeria salonów”
Narracja rosyjska oparta na opozycji „młodzi kontra elity” wykorzystuje naturalnie występujące napięcia społeczne, wzmacniając je zgodnie z zasadą: im głębsza polaryzacja, tym niższa odporność na dezinformację. W miejsce rzeczowej debaty wprowadza się uproszczony podział, w którym dyskusja o faktach zostaje wyparta przez etykiety nadawane przez propagandę.
W ramach tej operacji rosyjskie źródła dezinformacyjne łączą kampanię wyborczą z tematyką migracyjną. Propagandyści zestawiają wątki antyzachodnie z hasłami dotyczącymi rzekomego zagrożenia ze strony polityki migracyjnej Unii Europejskiej. W przekazach tego typu wykorzystywane są fałszywe strony internetowe oraz konta-boty w mediach społecznościowych, które rozpowszechniają alarmistyczne treści, strasząc Polaków „przymusowym przyjęciem migrantów z Afryki”.
W ten sposób tworzona jest fałszywa dychotomia: tylko głos na „antyukraińskiego” kandydata – zgodnie z przekazem propagandy – może rzekomo uchronić Polskę przed „losami Zachodu”, utożsamianymi z chaosem migracyjnym i utratą tożsamości narodowej.
Analizowane materiały propagandowe operują według stałego schematu: łączą kalkulacje wyborcze z emocjonalnie nośnym tematem migracji. Mechanizm jest prosty: z jednej strony sugeruje się, że Bruksela planuje masowy napływ migrantów spoza Europy; z drugiej – że jedynie radykalna zmiana władzy na „wolną od rusofobii” (w domyśle: przychylną Rosji) może uchronić Polskę przed upadkiem.
Tego rodzaju przekaz działa szczególnie skutecznie w warunkach pogłębiającej się polaryzacji społecznej. Poczucie zagrożenia wzmacnia podatność na narracje skrajne, a osoby niezdecydowane politycznie coraz częściej zaczynają postrzegać rzeczywistość w kategoriach czarno-białych.
Istotnym elementem tej operacji są konta w mediach społecznościowych, kontrolowane lub inspirowane przez rosyjski aparat wpływu. Profile na platformach takich jak X (d. Twitter), Facebook czy Telegram działają według określonego scenariusza:
- Rozpoczęcie dyskusji – publikacja prowokacyjnego nagłówka lub grafiki;
- Podsycanie emocji – komentarze typu: „Zobaczcie, co rusofobiczne elity planują nam narzucić!”;
- Wzmacnianie zasięgu – masowe udostępnianie tego samego przekazu przez kolejne konta, często z kosmetycznymi modyfikacjami;
- Finał manipulacji – wezwanie do „patriotycznego wyboru” i głosowania na jedyną „rozsądną” opcję polityczną.
Celem tego działania jest nie tylko kształtowanie percepcji wyborczej, ale również stworzenie iluzji oddolnego konsensusu w sieci.
Ten model działania opiera się na tworzeniu fałszywych dychotomii. W jej centrum jest tworzenie wrażenia, że jedynie wybór kandydatów wolnych od uprzedzeń wobec Rosji jest dla Polski bezpieczny.
Efektem są warunki do głębokiej polaryzacji społecznej i dezinformacja na ogromną skalę. Walka z tym zjawiskiem wymaga zaangażowania mediów, instytucji państwowych oraz aktywnego uczestnictwa obywateli w procesie weryfikacji informacji.
Istotnym elementem ryzyka w tej kampanii wyborczej jest skala automatyzacji przekazu oraz sposób, w jaki fałszywe konta i portale manipulacyjne wykorzystują autentyczne materiały z polskich mediów, wyrywając je z kontekstu, aby nadać propagandzie pozór wiarygodności.
Setki powielanych postów publikowanych w krótkim czasie nie tylko zwiększają widoczność przekazu, lecz również zanieczyszczają przestrzeń informacyjną i kreują pozorne „trendy” w mediach społecznościowych. Zmanipulowane cytaty, fragmenty wypowiedzi oraz nagłówki są masowo zestawiane z tezą rosyjskiej propagandy, przedstawiając kandydatów – zarówno Rafała Trzaskowskiego, jak i Karola Nawrockiego – jako uczestników rzekomo „prowokacyjnej polityki Warszawy”.
W rezultacie rzeczywiste zagadnienia debaty publicznej – takie jak gospodarka, opieka zdrowotna, edukacja czy polityka międzynarodowa – zostają zepchnięte na margines. Zamiast nich pojawiają się emocjonalnie nacechowane narracje. Rosyjska propaganda konstruuje w ten sposób alternatywną rzeczywistość: wzmacniając autentyczne obawy społeczne, przekształca je w dychotomiczny obraz fałszywego wyboru.
W tej wizji wyborca stoi rzekomo przed dramatyczną decyzją: albo rezygnuje z dotychczasowej polityki bezpieczeństwa (co, wedle narracji, ma uratować kraj przed wojną zastępczą), albo godzi się na „bankructwo, upadek i zagładę Zachodu”. Co istotne, ta strategia informacyjna nie kończy się wraz z pierwszą turą głosowania – im bliżej drugiej tury, tym intensywniej powracać będą komunikaty o „imperialnych ambicjach” Polski, „winie NATO” i „wojnie zastępczej”.
W rosyjskojęzycznych serwisach informacyjnych wybory prezydenckie nie są przedstawiane jako spór programowy. Zamiast tego pojawia się narracja o „konkursie na najbardziej posłusznego wykonawcę wojny zastępczej”. Już same nagłówki sugerują, że „nowego prezydenta Polski wyznaczy Zachód, a sędzią będzie Ukraina”.
W jednym z komentarzy opublikowanych przez portal vz.ru czytamy:
„Trzaskowski opowiada się za umacnianiem ‘euro-solidarności’, Nawrocki gra na emocjach przeciwników wojny, lecz obaj pretendenci służą zachodnim elitom – pytanie tylko, który z nich szybciej poprowadzi Polaków na front.”
Tego typu narracje tworzą fałszywe alternatywy, sprowadzające wybory do pozornego wyboru między wojną a pokojem – przy czym oba rozwiązania mają być rzekomo narzucone z zewnątrz.
Dyskredytacja kandydatów
Obaj wiodący kandydaci z pierwszej tury, którzy obecnie biorą udział w II turze wyborów prezydenckich – Karol Nawrocki i Rafał Trzaskowski – są w odmienny sposób dyskredytowani przez rosyjski aparat wpływu. Celem tych działań nie jest jednoznaczne poparcie dla któregoś z nich, lecz przedstawienie całej polskiej sceny politycznej jako teatru marionetek i źródła zagrożenia dla stabilności państwa.
W przypadku Karola Nawrockiego rosyjskie media stosują mechanizm podwójnej narracji: w jednej wersji jawi się jako „rusofob” zagrażający stosunkom międzynarodowym, w innej – jako „kandydat pokoju”, przeciwnik wysyłania polskich żołnierzy na Ukrainę. W zależności od potrzeb propagandowych, ten sam kandydat może być wykorzystywany do zastraszania odbiorców lub wzmacniania nastrojów izolacjonistycznych.
Podobne mechanizmy są stosowane wobec Rafała Trzaskowskiego, choć akcentowane są inne wątki. W obu przypadkach dezinformacja ma nie tylko charakter reputacyjny, ale pełni także funkcję demobilizacyjną – ma zniechęcać wyborców do udziału w głosowaniu.
Kremlowskie media wykorzystują sprawdzony zestaw zabiegów propagandowych, który redukuje wybór obywateli do emocjonalnej alternatywy: „Wschód kontra Zachód”. W ten sposób eliminowany jest rzeczywisty spór programowy, a debata publiczna zostaje zdominowana przez uproszczenia, lęki i fałszywe przeciwstawienia.
Jednocześnie warto podkreślić, że kandydaci otwarcie prezentujący prorosyjskie poglądy zostali od początku oficjalnej kampanii wyborczej całkowicie wyłączeni z działań dyskredytujących. To selektywne pominięcie nie pozostawia wątpliwości co do intencji Kremla.
Co istotne, rosyjska propaganda aktywnie wykorzystuje wypowiedzi i postulaty formułowane przez kandydatów identyfikowanych jako prorosyjscy – takich jak Maciej Maciak czy Grzegorz Braun – do budowania alternatywnej perspektywy informacyjnej. Celem jest stworzenie fałszywego dualizmu: z jednej strony mamy kandydatów głównego nurtu, przedstawianych jako zależni od Zachodu i gotowi do eskalacji konfliktu; z drugiej – promowaną przez propagandę wizję „pokoju, spokoju i dobrobytu”, utożsamianą z pozytywnymi odniesieniami do prorosyjskiej retoryki.
Ten zabieg propagandowy służy wzmacnianiu wrażenia, że jedynie radykalna zmiana politycznego kursu – odrzucenie „rusofobii” i powrót do „realizmu” – może uchronić Polskę przed wojną i upadkiem. Przesunięcie ciężaru dyskusji z realnych programów na spolaryzowane narracje sprzyja dezinformacji i pogłębia społeczną dezorientację.
Karol Nawrocki: od „rusofoba” do „agenta Trumpa”
W rosyjskojęzycznych serwisach informacyjnych Karol Nawrocki przedstawiany jest w skrajnie odmienny sposób – w zależności od przyjętej przez propagandę strategii narracyjnej. W jednej wersji jawi się jako „rusofob” niszczący pomniki Armii Czerwonej i zagrażający pokojowi, w innej – jako „agent Trumpa”, gotowy zawrzeć „diabelski pakt” z Waszyngtonem. Tego rodzaju uproszczone i wzajemnie sprzeczne obrazy eliminują potrzebę rzeczywistej debaty o jego programie politycznym.
Przekazy propagandowe często eksponują również wątki związane z tzw. „aferą mieszkaniową” oraz fikcyjną postacią „Tadeusza Batyra”, rzekomego alter ego Nawrockiego. Ich celem jest podważenie wiarygodności kandydata zanim wyborca w ogóle zapozna się z jego propozycjami programowymi.
W zależności od zapotrzebowania odbiorcy, Nawrocki bywa przedstawiany jako „podżegacz wojenny” – ze względu na silnie antyrosyjską retorykę – lub jako „zdrajca NATO”, gdy wyraża wątpliwości wobec wysyłania polskich żołnierzy na Ukrainę. Ten zabieg pozwala mediom kremlowskim dotrzeć równolegle do skrajnie różnych grup społecznych i wzmacniać ich lęki – niezależnie od ich politycznych preferencji.
Wniosek, jaki podsuwają te przekazy, pozostaje niezmienny: skoro wszystkim i tak rzekomo sterują obce potęgi, głos obywateli nie ma żadnego znaczenia. To klasyczny mechanizm demobilizacji elektoratu. W narracji rosyjskich mediów Nawrocki nie występuje jako realna postać z programem politycznym, lecz jako zmienna figura, którą w zależności od potrzeb ustawia się raz na polu „wojny”, innym razem – na polu „pokoju”. W obu rolach pełni funkcję narzędzia ilustrującego tezę o niesuwerenności polskiej polityki.
Rafał Trzaskowski: „wasal Sorosa” i burzyciel tradycji
W rosyjskich przekazach dezinformacyjnych Rafał Trzaskowski występuje jako „kandydat salonów brukselskich” – symbol elity rzekomo podporządkowanej interesom Unii Europejskiej. Tego rodzaju przedstawienie służy wzmacnianiu narracji o utracie suwerenności przez Polskę i podporządkowaniu się obcym ośrodkom decyzyjnym.
Rosyjska propaganda chętnie wykorzystuje liberalne stanowiska Trzaskowskiego w kwestiach takich jak aborcja, prawa osób LGBT czy polityka migracyjna, łącząc je z opowieścią o „wojnie z tradycją”. W konsekwencji Trzaskowski ukazywany jest jako polityk, który – zgodnie z narracją Kremla – kieruje Polskę na „ścieżkę upadku Zachodu”.
Wyborca otrzymuje zatem uproszczony, jednoznaczny obraz: „zachodni wasal”. Kandydat staje się symbolem „zgniłych elit”, a jednocześnie – podobnie jak Karol Nawrocki w innych narracjach – potencjalnym katalizatorem wojny, tym razem w imię interesów liberalnego Zachodu.
Dodatkowo, rosyjska propaganda osadza Trzaskowskiego w jeszcze szerszym kontekście narracyjnym, łącząc jego postać z opowieścią o rzekomych „faszystowskich” czy „totalitarnych” tendencjach Unii Europejskiej. Przekazy te budują wizję Zachodu jako przestrzeni zniewolenia ideologicznego, gdzie liberalizm równościowy przedstawiany jest jako system represji. Trzaskowski w tym ujęciu staje się nie tylko „agentem wpływu”, ale wręcz reprezentantem „faszyzującej Europy”, której działania mają – w ocenie Kremla – usprawiedliwiać rosyjską politykę imperialną i agresję wojskową.
Tak skonstruowany obraz wzmacnia przekonanie o braku realnej alternatywy – każdy wybór, niezależnie od opcji politycznej, wpisuje się w narrację podporządkowania Polski zewnętrznym interesom i prowadzi do destabilizacji.
Proporcje: większa intensywność przekazów wymierzonych w Karola Nawrockiego
W okresie następującym po pierwszej turze wyborów odnotowano większą liczbę materiałów manipulacyjnych wymierzonych w wizerunek Karola Nawrockiego, przy jednoczesnym utrzymaniu dyskredytującej narracji wobec Rafała Trzaskowskiego – choć o mniejszej intensywności.
Choć charakter ataków propagandowych wobec obu kandydatów różni się w szczegółach, cel pozostaje ten sam: wykreowanie obrazu Polski jako państwa niesuwerennego, zdestabilizowanego, prowadzącego politykę prowokacyjną, która może prowadzić do eskalacji militarnej. Ten rodzaj operacji informacyjnej zawiera silny komponent demoralizacyjny. Skoro – według propagandy – obaj pretendenci do urzędu prezydenta są sterowani przez Zachód, a każdy z nich może rzekomo „sprowadzić wojnę” lub „zdradzić sojusze”, to każdy głos oddany w wyborach wydaje się bez znaczenia.
To klasyczny mechanizm podważania zaufania obywateli do instytucji demokratycznych. Kreml przedstawia polską scenę polityczną jako „teatr marionetek”, w którym role przydzielane są przez zewnętrzne mocarstwa, a decyzje polityczne są pozbawione suwerenności.
W rezultacie zamiast debaty o sprawach kluczowych – takich jak gospodarka, bezpieczeństwo narodowe czy system ochrony zdrowia – wyborcy zmuszani są do podejmowania decyzji w oparciu o emocjonalne i spolaryzowane wizje: między lękiem a zniechęceniem.
Cel jest prosty: im niższa frekwencja i im głębsza polaryzacja, tym łatwiej zdestabilizować scenę polityczną – niezależnie od tego, kto ostatecznie zwycięży w wyborach.
Dezinformacja nie służy jednemu kandydatowi ani jednej opcji – jej celem jest osłabienie społeczeństwa obywatelskiego i podważenie zaufania do instytucji demokratycznych. Dlatego właśnie rozpoznanie mechanizmów wpływu informacyjnego to pierwszy krok do skutecznej obrony przed manipulacją.
Obywatel, który potrafi dostrzec schematy działania propagandy – takie jak skrajna personalizacja, emocjonalne uproszczenia czy wzajemnie wykluczające się etykiety – staje się mniej podatny na wpływy zewnętrzne. Świadomość i krytyczne myślenie pozostają najskuteczniejszymi narzędziami obrony przed destabilizacją informacyjną.
Autor: Katarzyna Wojda – Dziennik Disinfo Digest











![Rosja od lat przedstawia się jako naturalny partner państw Globalnego Południa oraz rzecznik „wielobiegunowego ładu”, który ma stanowić alternatywę wobec dominacji Zachodu. W tej narracji Kreml pozycjonuje się także jako przeciwnik neokolonializmu. Analiza konkretnych przypadków, obejmujących Irak, Kubę oraz wybrane państwa afrykańskie, prowadzi jednak do odmiennych wniosków. W praktyce zamiast relacji partnerskich widoczny jest powtarzalny schemat instrumentalnego wykorzystywania zasobów tych państw. Mechanizm ten nie jest nowy. W wielu aspektach przypomina działania Związku Radzieckiego wobec krajów określanych wówczas jako Trzeci Świat. Zmieniła się retoryka oraz część narzędzi operacyjnych, natomiast podstawowa logika pozostaje podobna. Rosja deklaruje wsparcie dla suwerenności i niezależności państw Globalnego Południa, jednocześnie wykorzystując ich ograniczenia strukturalne dla realizacji własnych celów politycznych i militarnych. Irak jako model operacyjny Przypadek Iraku dostarcza jednego z najbardziej przejrzystych przykładów działania mechanizmu rekrutacyjnego. W lutym 2026 roku irackie służby bezpieczeństwa zatrzymały 17 osób podejrzanych o udział w siatce werbunkowej. Jak podaje portal The New Arab, młodzi Irakijczycy byli przyciągani ofertami pracy oraz studiów, które po przyjeździe do Rosji „przekształcały się w kontrakt na służbę wojskową”. Kluczowym elementem całego procesu był brak tłumaczenia dokumentów oraz presja wywierana na podpisywanie umów sporządzonych w języku obcym. Dostępne relacje wskazują, że nie był to incydent jednostkowy. Jak czytamy w dzienniku The National, „młodzież była wciągana poprzez pozornie legalne kanały, takie jak agencje pracy czy biura podróży, a następnie wiązana kontraktami w obcym języku”. Źródła te sugerują również, że skala zjawiska jest istotna. Według przywoływanych informacji „około 3 000 Irakijczyków trafiło do rosyjskiej armii”. Reakcja władz w Bagdadzie wskazuje, że proceder został potraktowany jako realne zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Podjęto decyzję o zamknięciu części programów stypendialnych oraz rozpoczęto działania dyplomatyczne. W analizie tego przypadku konieczne jest zachowanie precyzji. Mamy do czynienia z konkretnym mechanizmem funkcjonującym w Iraku, a nie z jednorodnym zjawiskiem obejmującym cały region, co bywa upraszczane w niektórych przekazach. Skalowanie mechanizmu: Kuba i Afryka Podobne schematy działania widoczne są także poza Irakiem, co wskazuje na ich powtarzalny, a nie incydentalny charakter. Na Kubie rekrutacja opiera się przede wszystkim na wykorzystaniu dysproporcji ekonomicznych. Jak wskazuje analiza Friedrich Naumann Foundation, oferowano wynagrodzenia „rzędu 2 000 USD miesięcznie przy średniej kubańskiej około 17 USD”, a także obietnice nieruchomości i uzyskania obywatelstwa. W tym samym opracowaniu szacuje się, że liczba osób zaangażowanych po stronie rosyjskiej może sięgać nawet kilkunastu tysięcy. Zjawisko to ma jednocześnie wyraźny wymiar komunikacyjny. Portal The New Voice of Ukraine podaje, powołując się na ustalenia ukraińskiego wywiadu, że działania te służą budowaniu przekazu, zgodnie z którym „Rosja nie jest agresorem, bo wspiera ją także ‘cywilizowany świat’”. W tym ujęciu osoby rekrutowane pełnią podwójną funkcję, ponieważ są wykorzystywane zarówno operacyjnie, jak i propagandowo. W państwach afrykańskich proces ten ma bardziej rozproszony charakter, jednak jego logika pozostaje zbliżona. Jak relacjonuje Al Jazeera, według strony ukraińskiej „ponad 1 780 obywateli afrykańskich walczy obecnie w rosyjskiej armii”, a sam mechanizm obejmuje dziesiątki państw. Jednocześnie źródła cytowane przez tę redakcję wskazują, że wielu rekrutów było „wciąganych na czarnym rynku pracy […] bez przeszkolenia”, często pod pretekstem ofert zatrudnienia. Relacje uczestników tych procesów potwierdzają, że sytuacja po przyjeździe do Rosji miała w wielu przypadkach charakter przymusowy. W materiale agencji Reuters czytamy, że część z nich została skierowana „bezpośrednio do kopania okopów i działań na froncie”, często bez odpowiedniego przygotowania oraz zaplecza logistycznego. Mechanizm działania: struktura i funkcje Analiza porównawcza pozwala uchwycić spójny schemat operacyjny, który powtarza się w różnych kontekstach geograficznych. Pierwszym etapem jest impuls ekonomiczny. Jak podaje dziennik The National, potencjalnym rekrutom oferuje się „jednorazowe premie sięgające 20 000 USD oraz miesięczne wynagrodzenie około 3 000 USD”. W realiach wielu państw Globalnego Południa oznacza to dochód wielokrotnie przewyższający lokalne standardy, co znacząco zwiększa podatność na ofertę. Drugim etapem jest moment przejęcia kontroli. Po przyjeździe do Rosji rekruci trafiają w sytuację asymetrii informacyjnej i prawnej. Podpisują dokumenty, których często nie rozumieją, a ich możliwość wycofania się zostaje ograniczona. Agencja Reuters relacjonuje, że część z nich trafia „bezpośrednio na front, nierzadko do najbardziej niebezpiecznych zadań”, co wskazuje na instrumentalne traktowanie tych osób jako zasobu wysokiego ryzyka. Trzecim elementem jest warstwa informacyjna. Obecność cudzoziemców jest eksponowana w przekazie medialnym jako dowód międzynarodowego poparcia. Jak wskazuje portal The New Voice of Ukraine, ich udział służy budowaniu narracji o globalnej legitymizacji działań Rosji, co ma znaczenie zarówno wobec odbiorców wewnętrznych, jak i zagranicznych. Uzupełnieniem tego modelu są lokalne sieci współpracy. Z ustaleń agencji Reuters wynika, że w niektórych przypadkach proces rekrutacji wspierany jest przez lokalnych aktorów politycznych oraz biznesowych. Zwiększa to wiarygodność ofert i ułatwia dotarcie do potencjalnych kandydatów, jednocześnie utrudniając przeciwdziałanie temu zjawisku na poziomie państwowym. Bandung i reinterpretacja „trzeciej drogi” Konferencja w Bandungu w 1955 roku stanowiła próbę zdefiniowania realnej autonomii państw postkolonialnych wobec rywalizujących bloków. Jej uczestnicy odrzucali podporządkowanie zarówno Zachodowi, jak i Związkowi Radzieckiemu. Jak przypomina analiza publikowana przez Explaining History, deklarowano sprzeciw wobec „kolonializmu we wszystkich jego postaciach”, obejmującego każdą formę dominacji zewnętrznej, niezależnie od jej ideologicznego uzasadnienia. Współczesna Rosja świadomie odwołuje się do tej tradycji. W swojej komunikacji podkreśla znaczenie wielobiegunowości oraz wspólnoty państw Globalnego Południa, które mają rzekomo odzyskiwać podmiotowość w systemie międzynarodowym. Problem polega na tym, że obserwowane działania stoją w sprzeczności z tym przekazem. Mechanizmy rekrutacyjne prowadzą do sytuacji, w której obywatele tych państw są wciągani w konflikt po stronie rosyjskiej. W praktyce oznacza to odejście od idei niezaangażowania i faktyczne podporządkowanie się jednemu z aktorów. W tym ujęciu widoczna jest wyraźna ciągłość historyczna. Związek Radziecki również deklarował wsparcie dla państw niezaangażowanych, jednocześnie konsekwentnie rozszerzając własną strefę wpływów. Dzisiejsza Rosja operuje mniej ideologicznym językiem, częściej wykorzystuje narzędzia ekonomiczne, sieci pośredników oraz mechanizmy rynkowe, jednak cel pozostaje zbliżony. Chodzi o wciąganie państw i ich społeczeństw w orbitę własnych interesów, przy jednoczesnym utrzymaniu narracji o partnerstwie i wspólnej walce z dominacją Zachodu. Między narracją a praktyką Zestawienie przypadków Iraku, Kuby oraz państw afrykańskich prowadzi do jednego zasadniczego wniosku, choć nie wynika on z deklaracji, lecz z obserwacji konkretnych działań. W różnych kontekstach geograficznych powtarza się ten sam schemat, w którym czynniki ekonomiczne, presja sytuacyjna oraz manipulacja informacyjna tworzą spójny mechanizm pozyskiwania ludzi do działań militarnych. Na poziomie oficjalnym Rosja konsekwentnie odwołuje się do idei współpracy i wspólnoty interesów z państwami Globalnego Południa. W praktyce prowadzi to jednak do ograniczania ich realnej autonomii. Koncepcja „trzeciej drogi”, która miała oznaczać niezależność od wielkich bloków, przestaje funkcjonować jako projekt polityczny, a zaczyna pełnić rolę narzędzia uzasadniającego konkretne działania. Z perspektywy analitycznej kluczowe znaczenie ma rozróżnienie między warstwą deklaratywną a operacyjną. To nie język oficjalnych wystąpień, lecz przebieg procesów rekrutacyjnych, przepływ ludzi oraz sposób ich wykorzystania pozwalają uchwycić rzeczywisty charakter relacji. W tym wymiarze Globalne Południe nie występuje jako równorzędny partner, lecz jako zasób, który można mobilizować w zależności od potrzeb strategicznych.](https://disinfodigest.pl/wp-content/uploads/2026/04/Zasobyludzkie.png)



